W kącie pokoju spostrzegł tułów śmierci, oddzielony od kuli ziemskiej, ale wpijający się jeszcze z tym samym wyrazem wściekłej rozkoszy w odłamek bryły, który się został między jej palcami.

Wstaje i zbliża się do niej sennym wzrokiem.

Teraz stoi przed nią i długo wpatruje się w jej twarz...

I teraz zda mu się, że w oczach hetery przez chwilę zabłysł jakby żal jelenia zranionego do swego zabójcy.

Ale nie — to było tylko złudzenie.

— Może ją zabić do reszty? — przemigotato mu przez myśl.

Podnosi wolnym ruchem rękę, aby jej zadać cios śmiertelny.

Ale ręka opada bezsilnie...

— Ha, ha, ha! — słyszy nagle jej dziki śmiech. — Nie pozbędziesz się mnie nigdy, nigdy.

Nieprzytomny odchyla drzwi i zaczyna pędzić przed siebie...