Nie wie, co czyni. Nie wie, dokąd idzie. Wie tylko, że musi uciec jak najdalej przed nią.
Głuchy odgłos jego kroków rozlega się po ulicy.
Zda mu się, że go ktoś prześladuje, ale nie ma odwagi odwrócić się ze strachu, że się znów spotka z jej wzrokiem.
Pędzi tak naprzód przez głuchą ciszę nocną.
Chwiejne światło latarni zakrywa mu blask księżyca i dziwnie melancholijnie drży w brudnych szybach.
Pędzi naprzód bez celu, bez myśli.
Wielki strach opanował go całego: uciec, uciec przed nią.
Już dawno opuścił ulice przedmieścia i teraz bieży wzdłuż rzeki ciemnej, tajemniczej, oświetlonej jedynie księżycem.
U, u! — słyszy jednostajny plusk wody, powtarzający się monotonnie bez końca.
Czuje on teraz, jak wszystko wkoło wyziewa jeden wielki melancholijny oddech śmierci, zaniku.