U, u! — śpiewają fale w takt zbliżania się śmierci.
Jii, jii, jii — śpiewa wiatr w rytm upływającego czasu.
Gdzieś, daleko za miastem, gdzie głucha cisza panuje, staje wreszcie nieprzytomny.
Drzewa brzegu przeciwnego patrzą się nań tępo swym bezocznym wzrokiem.
Ciemna, tajemnicza płachta pokrywa całe niebo, na której jaśnieje tylko księżyc, niemy, głuchy, zapatrzony...
Na wodzie kołysze się w jakiś cichy, melancholijny takt pusta łódka przywiązana do brzegu.
Wielkie jego zamyślenie przerywa odgłos kroków zbliżającego się człowieka.
Podnosi głowę i ogląda się.
Widzi chłopa idącego spiesznie z niespokojną, zmęczoną, pochmurną miną do miasta.
Może po doktora.