Teraz przeszedł.
Gdzieś w dali znika odgłos jego ciężkich kroków.
Stoi nad brzegiem rzeki i wpatruje się w czarną otchłań wody.
U, u — śpiewają fale swą monotonną pieśń.
Trawki u jego nóg kołyszą się w letnim wietrze cichym, rytmicznym ruchem.
I zewsząd płynie melodia czasu, uciekającego w znikomość...
A cicho, cichutko na palcach zbliża się, skrada się śmierć.
Czuje, że teraz za nim stoi, czuje, jak jej wzrok wpija się w jego głowę, czuje, jak jej oddech gorący, a jednak zimny, owiewa jego postać. Czuje, jak go coś sztywnego, zimnego otula...
Nie śmie się obejrzeć.
Ręce w kurczowym ruchu chwytają się krzaku rosnącego przy nim. Oczy tępo wpatrują się w wodę.