Zbliża się coraz bardziej, coraz bardziej...
Teraz nagle krzyknął. Oczy wyłupił, a ręce bardziej wpijają się w wiotkie gałęzie.
Na jego ramiona wskoczyła śmierć i teraz, jak przedtem w bryłę ziemską, wpija swoje palce w jego gardło.
Nie śmie się ruszyć, stoi skamieniały ze strachu.
Nagle rozległ się w głuchej ciszy nocnej jej dziki, triumfujący śmiech.
Obrócił swą głowę, by spojrzeć jej w twarz.
I widzi ją, siedzącą z triumfującą miną na jego ramionach, z twarzą pochyloną nad jego głową.
Jest jeszcze ohydniej wykrzywiona niż dawniej, brutalniejsza, jeszcze pewniejsza swego zwycięstwa.
W jego oczy wstępuje wyraz niezłomnej, rozpacznej energii.
— Tyś mój na wieki! — krzyczy jej śmiech szyderczy, głośny.