— Ale lepiej ci złotko, prawda, że lepiej? — niespokojnie spytała matka.
— Troszeczkę! — Uśmiechnęła się do niej i rzekła — Niech się mamusia nie boi.
— Może zaśniesz na chwilę, kochanie moje. — Głaskała dziecię po twarzy. — Dobrze, maleństwo?
A dziewczynka spojrzała na nią wielkimi oczyma i rzekła z uśmiechem, w którym był odcień melancholijnej goryczy:
— Dobrze, dobrze, mamusiu, zasnę. Niech mamusia idzie tylko uczyć się swej roli, bo ja chcę, żeby jutro w Lenie26 moja mamusia — uśmiechnęła się dumnie — bardzo, bardzo się podobała.
Lekki uśmiech przesunął się po twarzy matki; jakby od niechcenia pogłaskała płową główkę dziecka.
Wstała, nachyliła się jeszcze raz nad dzieckiem i wyszła, zamknąwszy drzwi za sobą.
A mała spojrzała na drzwi, przez które matka tylko co wyszła, potem utkwiła smutny wzrok w ścianę i dwie ciche, wielkie łzy spłynęły po jej policzkach.
W przyległym pokoju podeszła do stołu i wzięła się na nowo do studiowania roli.
— A gdzie stanęłam? To tu.