— O, o, o!
Usłyszała nagłe głos dziecka z kanapy.
Dziewczynka podniosła się na wpół i duże, przestraszone jej oczy w gęstym mroku pokoju szukały matki.
— O, o! Ja się boję! — jęknęła teraz, wyciągając ręce do niej. — Mamo, mamo, nie opuszczaj mnie — ja się boję.
— Uspokój się, złoto moje, zawołam doktora, żeby dał maleństwu memu jakiegoś lekarstwa — rzekła, głaszcząc dziecko po twarzy.
Wyszła na chwilę i posłała służącą po doktora, mieszkającego w tym samym domu.
Przyszedł natychmiast i z bardzo poważną miną zbadał dziecko.
Potem wyprowadził matkę do drugiego pokoju.
— Trzeba bardzo ostrożnie się obchodzić z tą dziewczynką — rzekł szeptem prawie — bardzo ostrożnie, bo może być źle.
— Panie doktorze, przecież niebezpieczeństwa nie ma? — spytała drżącym głosem, niespokojnie wpatrując się w niego.