Leżała tak nieporuszona przez chwil kilka, jakby skamieniała.
Oczy jej błędnie ścigały promienie słońca, które, przebijając się przez liście drzew, igrały na ścianach. Nagle poruszyła się. Zrobiło jej się zimno. Jedną ręką pociągnęła derkę7, drugą sięgnęła zmęczonym kapryśnym ruchem, jaki nieraz mają chorzy, po kwiaty, stojące na stoliku, przy szezlongu.
I szklanym je ogarnęła spojrzeniem, a ręką pieszczotliwie głaskała je.
Po chwili odsunęła róże i zaczęła patrzeć przed siebie i wpatrywać się jakimś martwym wzrokiem we wszystkie przedmioty swego pokoju, który nagle wydał jej się dziwnie obcy.
Czy to ona, ona kiedyś malowała te wonne, życiem tchnące kwiaty?
Czy to ona kiedyś odczuwała w sobie ten ogień płonący, który wyzierał ze wszystkich jej szkiców i obrazów?
Czy to ona, ona?
I nagle uczuła się sama sobie taka obca, taka daleka....
Widziała siebie jako zupełnie inną dziewczynę, z którą ona nie miała nic wspólnego, tylko tyle, że ją rozumiała, odczuwała i niezmiernie kochała. I jakoś jej się tak żal zrobiło tej obcej, ale dobrze znanej dziewczyny, dla której to wszystko spełzło na niczym.
Dziwnie samotnie, obco i strasznie zrobiło jej się na duszy.