Uczuła nagle wielką tęsknotę za dzieckiem, chciała mieć je przy sobie i gorzkimi łzami swymi przeprosić za straszny grzech, który w myślach swoich przeciwko niemu spełniła.

— A patrz, patrz, to Lena wczorajsza — usłyszała nagle głosy jakieś blisko siebie.

Mimo woli obróciła się.

— Widzisz, widzisz, stanowczo ona. — Już przeszedłszy, kilka jeszcze razy oglądali się.

Machinalnie skierowała kroki w stronę teatru.

Gdy po przedstawieniu, na którym była przyjęta z jeszcze większym entuzjazmem, wróciła do domu, Halinka jeszcze nie spała.

Usiadła przy dziecku i jęła rozmawiać z nim, ale Halinka była bardzo zmęczona.

Dzisiaj już w jej zachowaniu nie było tej bolesnej goryczy, ale była wypisana na jej czole jakaś rezygnacja głęboka, która dziwnie postarzała tę dziecinną twarzyczkę.

— Mamusiu, ja zasnę teraz, jestem taka zmęczona! — I z głębokim westchnieniem odwróciła się do ściany.

A ona długo jeszcze siedziała i patrzyła na bladą twarzyczkę dziewczynki... Straszny jakiś ból chwycił ją za serce, uczuła nagle wyraźnie, że już niedługo będzie oglądała tę słodką twarz, że już niedługo będzie obejmowała te szczupłe rączki...