Gdy nastał czas, że trzeba było dać lekarstwo dziecku, zbliżyła się do Halinki i podała jej krople.

Cieszyła się z całej duszy z lepszego wyglądu dziecka.

Ale nagle w jakimś ukrytym kąciku jej duszy coś tajemniczo szepnęło: „a gdyby się nie poprawiła46, to nie żyjąc, nie przeszkadzałaby ci występować”.

Ohydna myśl ta wywołała napad bezgranicznej rozpaczy.

Pobiegła do lasu i rzuciła się na ziemię.

Wpiła twarz głęboko w miękki mech i długo leżała tak bez ruchu.

Czuła taką straszną rozpacz i zarazem taki wstręt do tej cząstki swego „ja”, które jej szeptało tamte słowa, że miała tylko jedno życzenie namiętne — uciec, uciec przed samą sobą, aby już nic nie widzieć, już nie żyć.

Wreszcie uspokoiła się nieco.

Wolnym krokiem wróciła do domu.

Jakiś promień nadziei przebłysnął znów w jej duszy.