Zaledwie powitał matkę i pannę Zuzannę, Marysia wniosła na ganek samowar, i pani Dolewska, brząkając kluczykami, zajęła się urządzeniem herbaty.

— Jakże ci czas przeszedł w Jodłowéj, moje dziecko? — spytała, nie podnosząc oczu od bułki, którą krajała.

— Wybornie, moja matko — swobodnie odpowiedział Lucyan. — Pani Warska jest osobą tak grzeczną i miłą, że znudzić się w jéj towarzystwie niepodobna.

— A spodziewam się, spodziewam, panie mój kochany. Chyba był-by malowany kawaler, który-by się znudził z tak śliczną osobą, jak pani Warska — zabrzmiał blizko ganku głos pani Owsickiéj, która nadchodziła, niespostrzeżona przez nikogo. — Spodziewam się, że z panią Warską nudzić się nie można — mówiła daléj, zasiadając po przywitaniu się przy stole z herbatą. — Już to i wtedy, jak to ja z nią razem do Warszawy jechałam, choć była zasłonięta i nic nie mówiła, zaraz zmiarkowałam, że to cóś pańskiego. Bo to, panie mój kochany, dobrze mówił mój nieboszczyk Wicuś, świéć Panie nad jego duszą, że pana po cholewach poznać.

— Ale, że téż pani Wincentowa nie dowiedziałaś się wtedy, z kim jechałaś — wtrąciła Dolewska.

— Już to ja, panie mój kochany, zachodziłam i ztąd i z owąd, ale ciągle odpowiadała tak, nie, tak, nie, i więcéj nic. A właśnie wizawi siedział ten przyjaciel pana Lucyana — jak się nazywa?...

— Karłowski.

— A tak, Karłowski, to ja z nim rozmawiałam, bo bardzo grzeczny i przyjemny z niego kawaler.

— A pani Warska nie rozmawiała z panem Karłowskim? — zapytał Lucyan.

— W wagonie ani słóweczka, panie mój kochany, ale potém na foksalu widziałam, że rozmawiali ze sobą; a piękna z nich para była, choć malować.