A cała okolica brzmiała dziwną, niepojętą dla jéj mieszkańców wieścią, że bogata pani Warska rozkochała się w biednym doktorze, że i on za nią głowę traci i t. d. i t. d.
Ulubiona garderobiana pani Warskiéj zapomniała o mądréj przestrodze Ignacego i, przyjechawszy do N., na nabożeństwo, szepnęła parę słówek swojéj cioci, pani Owsickiéj. Ta powziętą od siostrzenicy wiadomość zapakowała do ponsowego worka, razem ze „Złotym Ołtarzykiem” i powiozła ją do pani Rzepowéj, przyjaciółki swojéj z sąsiedztwa. U pani Rzepowéj kilka słóweczek Marylki, zamienionych na dwadzieścia wielkich słów, połknęło chciwe ucho Harasimowicza młodszego, który, wracając do domu, spotkał pana Barszcza, jadącego konno do Wiercina.
— Czy słyszał sąsiad nowinę?
— Jaką nowinę? — spytał Barszcz z wysokości swego kasztanka.
— Nasz doktor... hę? słyszał sąsiad?
— Cóż? nie słyszałem.
— Zaczłapał się po uszy w téj ładnéj bestyjce...
— W kimże to?
— A no, w mojéj znajoméj, w pani Warskiéj.
— Nie może być! A ona?