Ostatni wyraz akcentował z dumą; niedawno wyuczył się go z mozołem wymawiać od pana Rodryga.
— Nie może być! — zawołał, z radości podskakując na krześle, Rodryg, który serdecznie nienawidził pani Warskiéj za swoje omylone nadzieje. — I z kimże to tak, co?
— A rozumié się, z pięknym doktorem — odparł Barszcz, smokcąc kostkę od kotleta.
— Ha, ha, ha! sacre bleu! Tak nosa zadzierała, a z felczerem... Barszcz! weź jeszcze jeden kotlet za nowinę.
Nazajutrz Wierciński z Wiercina pojechał do państwa Jęczmionkowskich. Miał on wielkie o sobie rozumienie i wielkie na przyszłość zamiary; ale jako człowiek, który strawersował całą Europę i był zdegutowany wsią, potrzebował dystrakcyi i prowadził romans „sous main” z panną Zenobią Jęczmionkowską. Po jego ztamtąd wyjeździe, pani Jęczmionkowska piechotą poszła do najbliższéj sąsiadki, która widziała Klotyldę na odpuście, i zakomunikowała jéj, po długiém opowiadaniu, że pani Warska... Panny Jęczmionkowskie, którym przed rozmową matka powiedziała: — „Sortez vous en, mes filles” — podsłuchały wszystkiego pode drzwiami i, wróciwszy do domu, opowiedziały, co słyszały, swojéj Kaśce, którą pompatycznie zwały panną służącą. Kaśka nie miała nic pilniejszego do zrobienia, jak opowiedziéć całą rzecz lokajowi Pawełkowi, który dnia owego, zdjąwszy quasi-liberyą Jęczmionkowskich, woził niepiękne rzeczy z obory na pole. Głupowaty Pawełek, chichotając, opowiedział wszystko, co posłyszał od Kaśki, ekonomowi, który bardzo lubił, „jak mu bajki gadali”, a ekonom przy kolacyi ubawił całą tą historyą swoję żonę. Nazajutrz pani ekonomowa pojechała do N.; po drodze spotkała panią Owsicką i oznajmiła jéj, iż wié z najpewniejszych ust, że ślub pani Warskiéj z panem Dolewskim odbyć się musi wkrótce... że pani Warska zdesperowana i t. d. i t. d.
O prowincyo! jakże ty się kochasz w wielkości! Jesteś żabą, a dmiesz się, aby dorównać wołowi; chwytasz muszkę, a czynisz z niéj słonia! Wołowi nie dorównasz, a staniesz się tylko pękata pretensyą i złością. Lecz ileż nieszczęsnych muszek zadusisz w jadowitym uścisku swych języków!
Pani Owsicka, usłyszawszy tę historyą, plunęła i pochwyciła się za głowę.
— A, panie mój kochany! — krzyknęła, — cóż to za koszałki opałki! A toż niestworzone rzeczy powymyślali. Zgiń maro, przepadnij, z takiemi językami, co i ją krzywdzą, i jego!...
I poczciwa babina, przypomniawszy sobie, że była piérwszą przyczyną „koszałek opałek”, bo pod sekretem powiedziała pani Rzepowéj, że Lucyan Dolewski często w Jodłowéj bywa, wyjęła wielką szpilkę z pultynka i nakłuła nią sobie język, a potém, zamknąwszy swoje oburzenie do ponsowego worka ze „Złotym Ołtarzykiem”, pobiegła do matki Lucyana.
— O ratuj mnie, święty Antoni Padewski! — zawołała, wbiegając do sypialnego pokoju pani Dolewskiéj i padając na stołek; — otóż powymyślali dziwolągi na biednego pana Lucyana, otóż nabajali, że aż uszy bolą słuchać!