— Jezus Marya! cóż to takiego? co mogli złego powiedziéć o moim Lucysiu? — zawołała przestraszona pani Dolewska.

Pani Anna opowiedziała historyą o przyśpieszonym ślubie... i t. d.

Matka Lucyana schwyciła się za głowę.

— A to horrendum, moja pani! — zawołała. — Tak krzywdzić kobietę i posługiwać się do tego imieniem mojego syna, który ją czci i szanuje, jak świętą jaką! Ja jemu to wszystko powiem; jego noga nie postanie już w Jodłowéj.

W kwadrans potém Owsicka zasapana poszła do domu; worek jéj był lżejszy, bo wyrzuciła zeń swoje oburzenie, które zato boleśnie zaciężyło na szlachetném sercu matki Lucyana.

Młody doktor był nieobecny; wyjechał z N. do jednego ze swych pacyentów. Pani Dolewska dnia tego dwa razy więcéj gderała na Marysię, oparzyła sobie rękę gorącą wodą i co chwila gubiła kluczyki; ale gdy upłynęło parę godzin, a Lucyan nie wracał, gniew jéj zaczął opadać i poczuła, że nie będzie miała siły zmartwić syna dla „głupich ludzkich gawęd”.

Po południu przyjechał Lucyan, a na jego widok Dolewska ostatecznie zdecydowała w duchu, że nie może „biedaka martwić”; postanowiła tylko dowiedziéć się „co tam między nimi zachodzi”. Bo lubo ani przez chwilę nie uwierzyła w to, co mówiono, toć przecie i ją dziwiło częste bywanie Lucyana w Jodłowéj. Myślała sobie kilka razy: „a może się pobiorą”! ale przychodziła rozwaga: „ona taka bogata”! — „I cóż ztąd, że bogata”? — odzywała się duma matki: „a on rozumny, piękny, poczciwy i mógłby także zostać bogatym przez pracę i umiejętność, gdyby gdzie w szeroki świat wyjechał”.

Rozmyślała tak nieraz pani Dolewska, robiąc pończoszkę, albo krzątając się koło gospodarstwa i czekając powrotu syna z Jodłowéj, ale ani razu o nic go nie zapytała.

— A nuż, myślała, jemu przykro będzie, że się ja w jego sprawy mieszam.

Ale w dniu, w którym Owsicka ciężar zebranych plotek wyrzuciła ze swego worka na macierzyńskie jéj serce, postanowiła zapytać Lucyana o wszystko.