— Może oni i kochają się, gołąbki — myślała. — Niech im Bóg i Najświętsza Panna błogosławi. Ale co z tego będzie? Już to on taki rozumny, to musiał wszystko dobrze obmyśléć; niechże i mnie powié.

Po obiedzie Dolewska wyszła do bawialnego pokoju i zawołała syna.

— Lucysiu, moje dziecko — rzekła, siadając na kanapie, — siadaj tu obok mnie, mam z tobą do pomówienia.

— Co mi powié moja kochana mateczka? — zapytał Lucyan, siadając przy niéj i całując jéj rękę.

— Widzisz, moje dziecko — mówiła matka, — Owsicka była dziś u mnie i mówiła... — Zająknęła się, patrząc w twarz syna i nie wiedząc, jak ma przystąpić do swego pytania.

— Cóż mówiła Owsicka? — spytał łagodnie Lucyan.

— Mówiła, że... że ty tak często bywasz w Jodłowéj...

— Alboż się kiedy z tém kryłem przed tobą, moja matko? — rzekł Lucyan z uśmiechem.

— Broń Boże! moje dziecko; ja téż nie dla tego to mówię. Ale widzisz, ludzie gadają...

— Cóż ludzie gadają?