— Widziałem — odpowiedział Lucyan.
Walerka chwilkę milczała, idąc ciągle obok niego, potém stanęła przed nim tak, że się zatrzymali oboje i, składając drobne ręce na piersi, rzekła:
— Panie Lucjanie, ja za pana co rano i co wieczór się modlę. Pan taki dobry! A jak spostrzegłam, że pan jesteś smutny, pomyślałam zaraz, że będę panu stawiała na oknie niezabudki, dlatego, że one błękitne, więc panu niebo przypomną; a ksiądz Stanisław zawsze mówi, że komu smutno, ten powinien myśléć o niebie, to mu lżéj będzie.
Lucyan raz jeszcze spojrzał na Walerkę, rozśmiał się tym samym martwym uśmiechem i rzekł:
— Pannie Waleryi się zdawało; nie jestem wcale smutny. Wszakże za ładne kwiaty i dobre chęci dziękuję.
Odszedł, a Walerka pobiegła do domu.
Wszedłszy do swego mieszkania, Lucyan powitał matkę milczącém pocałowaniem ręki i ukłonem dwie obecne kobiety.
— Przyjechałam prosić pana — rzekła Rzepowa — abyś był tak dobry i zechciał odwiedziéć mego chorego brata. Kaszle biedak i mizernieje w oczach.
— Będę u pani dziś jeszcze — odrzekł Lucyan z grzecznością, ale tym samym złamanym głosem, jakim mówił ciągle od pewnego czasu.
Gdy wchodził do swego pokoju, Dolewska prowadziła za nim spojrzenie; ale napróżno Rzepowa badawczo patrzyła na nią, nie dostrzegła ani łzy w oku, ani najmniejszéj zmiany w fizyognomii. Męztwo matki, nie chcącéj na widok publiczny wystawiać boleści syna, zwyciężyło jéj własną boleść.