— Ale chciałbym się dowiedziéć, jak się nazywa.
— Ułożyłem na cześć jéj trzy tysiące wierszy; ona mnie podniosła na sam szczyt Parnasu.
— Niczego się nie dowiem — szepnął Cypryan do Lucyana.
— Wiek nasz — rozpoczął znowu poeta — przeznaczony jest dla szczytnych polotów ducha...
— Ależ panie, chciéj mi powiedziéć nazwisko téj pani, bo wnet rozpocznie się akt ostatni.
— Tłum zwie ją Kameleonem, ja nazywam ją bóztwem.
I uderzył się wskazującym palcem w piersi, jakby chciał tym gestem uwydatnić to swoje poetyckie ja.
— Czy słyszysz — szepnął Cypryan do Lucyana — wyraźnie nazywa się Kameleon.
Po skończeniu ostatniego aktu opery, dwaj przyjaciele mieli się ku wyjściu, gdy poeta zagrodził im drogę wysoką, cienką i długo-włosą swoją postacią.
— Panie — rzekł, zwracając się do Cypryana — z oblicza twego czytam, że jesteś zwolennikiem muz, że nie należysz do synów ciemności i materyi, którzy świętokradzką nogą odpychają perły poezyi.