— Z przyjemnością posłucham poematu pana o dyable Borucie inną razą, ale teraz, chciéj mi pan powiedziéć, czy nie znasz...

— Dyabeł Boruta — rozpoczął wieszcz.

— O mój Boże! — tupiąc nóżką i odbierając poecie rękopis, zawołała piękna kobieta. — Ależ ja w téj chwili nie jestem usposobiona do słuchania najpiękniejszych nawet poezyi. Daj to pan, przeczytam sama; a teraz staraj się pan zebrać swoje wieszcze myśli i posłuchaj uważnie mojego pytania.

Tak była piękna ze swoją figlarną minką i nakazującym tonikiem, że Konwalius zapomniał o dyable Borucie i rzekł uroczystym głosem:

— Bogini, rozkazuj słudze twojemu!

— Otóż pytam pana, czy nie znasz w Warszawie jakiego pana Karłowskiego?

Poeta pochylił głowę, palec w różowéj rękawiczce przyłożył do czoła i zamyślił się.

— Pana Kar-łow-skie-go — powtórzyła kobieta, kładąc nacisk na każdéj zgłosce. — Młody, wysoki, szczupły, blondyn, z błękitnemi oczyma. Pytam o niego wszystkich moich znajomych, ale nikt go nie zna.

— Ja go znam — rzekł wieszcz, tryumfalnie podnosząc głowę, i palec wskazujący posyłając w powietrze — ja go znam — powtórzył i dodał uroczyście: — to badzo przyjemny człowiek.

— Czy pan bywasz u niego?