Wyczuł to też Birara i nagle niepokoić się zaczął.
Co chwila podnosił uszy, węszył i prychał. Chwilami jednak stał nieruchomy i niezwykle smutny, a westchnienia coraz częściej wyrywały mu się z szerokiej piersi.
Spostrzegłszy to, Amra podszedł do niego i klepiąc go po trąbie, szepnął:
— Już czas na nas, staruszku! Za parę dni ruszymy w drogę, na twoją łąkę, do „wąwozu przyjaźni”!
Słoń objął chłopaka, przycisnął go do siebie i dmuchał gorącym oddechem, mrucząc cicho, bardzo cicho, a z niewymownym smutkiem.
Gdyby Amra mógł zrozumieć głos starego przyjaciela, zapłakałby gorzko.
Niewesoła bowiem myśl zaprzątała mózg sędziwego Birary.
Opowiadał swemu kornakowi, że żyje już bardzo długo, o, bardzo! Że ma sterane ciało i zbolałe kości roboczego słonia, że siły opuszczają go i że nie dojdzie już do Użżainu, nie zobaczy więcej ani łąki nad rzeką, ani wąwozu i nie posłyszy nigdy głosu Nassura, bo... bo...
Nie mógł dokończyć swej myśli Birara.
Być może, bał się tego, a może sam nie wiedział, jak potrafiłby wyjaśnić sobie nurtujące go przeczucie, wiedział tylko, że coraz częściej czarna, nieprzenikniona zasłona opada mu na oczy, a serce bić przestaje. Niemy, głuchy i ślepy czuł się bardzo bezradny i bezsilny bezmiernie, strwożony czymś nieznanym, co szybowało wokół, ni to nocny ptak tajemniczy, ni to duża ćma bezszelestna.