Amra nie rozumiał znaczenia pomruków i westchnień słonia.
W przeddzień odjazdu przygotowywał się do drogi. Z pomocą parobka wykąpał wierzchowca, opatrzył siodło, uzdę i sprawdził, czy mocno się trzymają podkowy.
Dawniej, gdy chłopak krzątał się po zagrodzie, Birara zwykle stał i patrzał na niego spokojnie lub nawet drzemał, ufny, że nie opuści go już nigdy mały, kochany kornak.
Teraz słoń nie odstępował go na krok, dreptał za nim i chuchał na niego, od czasu do czasu dotykając go trąbą.
— Co powiesz, starowinko? — pytał chłopak, uśmiechając się do niego.
Birara wpatrywał się w niego smutnymi, łzawiącymi się oczyma i wzdychał.
— Dolega ci co? — dopytywał się Amra, głaszcząc przyjaciela.
Słoń smutnie opuścił głowę, zwiesił trąbę i przymknął oczy.
Bał się, widać, żeby mały kornak nie zrozumiał przyczyny jego niepokoju.
Przed zachodem słońca niebo powlokło się czarnymi chmurami.