Gdzieś daleko jeszcze przewalały się i toczyły nad światem głuche odgłosy grzmotów.

Chwilami zalatywały porywcze podmuchy wiatru.

Zdążała burza — ta straszna, wściekła burza podzwrotnikowa, pełna zgiełku i zgrozy.

Blade, chyże węże błyskawic ślizgały się po niebie.

Prąd rzeki okrył się zmarszczkami, zaszeleściły żałośnie trzciny nadbrzeżne i chylić się poczęły wierzchołki drzew.

Wieśniacy w popłochu zamykali z pola. Grubymi matami zasłaniano okna w domach i zasuwano lekkie drzwi sklecone z bambusowych prętów.

Bydło z rykiem biegło do chlewów i zagród.

Psy wyły ponuro, kryjąc się pod domami.

Rozlegały się trwożne głosy ptactwa lecącego z pól i znad rzeki, aby się schronić do dżungli.

Tylko ogromne sępy wisiały pod chmurami, kreśląc w wyżynie szerokie koła i wydając ostry, drapieżny skwir.