Skrzypiały ciężkie wozy hinduskie naładowane drzewem, kamieniami i baryłkami cementu.
Hindusi, klaszcząc biczami i klnąc, poganiali leniwe, powolne bawoły, aby przed ulewą dotrzeć do Suratu.
Z portu dobiegał głuchy ryk syreny okrętowej.
Wszystkie te dźwięki w jednej chwili utonęły w huku pioruna.
Rozdarł on czarne chmury ognistym zygzakiem i spadł w dżungli, gdzie natychmiast podniósł się słup dymu, a na jego tle pląsać jęły szkarłatne języki płomieni.
Jeden po drugim biły ogniste strzały. Padały do morza, uderzały w stare, zbutwiałe mahonie, omszałe palisandry i palmy kokosowe lub biły raz po raz w czerwone skały ciągnące się na południu.
Wicher zrywał liście i gałęzie, a nabierając coraz większego rozpędu i siły, łamał wysokie piony i strącał ich korony na ziemię.
Skrzypiały okiennice i krokwie domów. Ze strzech padały zerwane gonty, słoma i trzciny, miotały się i niby sztandary powiewały maty okien i werand.
Powietrzne trąby podnosiły kurzawę na drogach i mknęły, zgrzytając i gwiżdżąc.
Wzburzona rzeka pluskała coraz głośniej i złośliwiej, a wstrzymywana w swym biegu występowała z brzegów, podmywała krzaki i porywała małe kładki, na których wieśniaczki prały bieliznę.