Morze, smagane wichrem, rozszalało się i okryło się białymi czubami mknących bałwanów. Rozbijały się one i rozpryskiwały o mur wybrzeża portowego, za miastem zaś z sykiem wybiegały na mielizny, wyrzucając na piasek muszle i czarne wodorosty.
Zgiełk, huk, zgrzyt i ryk zwichrzyły się nad ziemią.
Chyliły się i skrzypiały drzewa na bulwarach miasteczka.
Rybacy wciągali łodzie na brzeg i uwiązywali je do ciężkich kamieni.
Biali mieszkańcy portu szczelnie zamykali okna i opuszczali żaluzje, aby nie widzieć oślepiających węży piorunów.
Wreszcie spadła ulewa.
Strugi wody runęły na ziemię, zamieniły drogę i ulice w burzliwe potoki, wypełniły koryto Tapti, aż wylała na okoliczne pola, zagrażając chatom stojącym w nizinach.
Amra z rodziną ukrył się w głębi domu. Birara stał pod wystającą strzechą, gdzie nie dosięgał go deszcz.
Nagle od strony miasta dobiegły trwożne głosy dzwonów. Jęczały coraz donośniej, siejąc trwogę i zgrozę.
— Pożar... — szepnął Warora, spojrzawszy na syna.