Ten wybiegł na werandę, gdzie wicher wnet szarpać go zaczął i szamotać się z nim.
Mrok już zapadł, tym głębszy i czarniejszy, iż chmury okryły niebo nieprzeniknioną płachtą.
Nad miastem, rozświetlając się, to znów przygasając, miotała się łuna.
„Pożar! — pomyślał Amra. — Dzwonią na ratunek!”
Ta myśl mignęła mu wtedy, gdy już dopadał Birary.
— Stary, mój stary, prędzej, prędzej! — mówił chłopiec, opierając nogę o podstawioną mu trąbę i wskakując na grzbiet słonia.
Birara, otrząsając się i prychając co chwila, podreptał ku miastu.
Dojechawszy do placyku, Amra ujrzał ludzi biegnących w popłochu.
— Ochronka42 się pali! Piorun uderzył w trzcinowy dach! — wołano ze wszystkich stron.
Chłopak ścisnął kolanami szyję słonia i szybko ruszył naprzód.