Bywał w ochronce, którą założyły białe zakonnice.

Miał tam niegdyś przyjaciół — dwu chłopaków, synków sąsiadki — wdowy Rusy.

Przybył na miejsce pożaru i przeraził się. Płomienie ogarniały prawie cały budynek. Buchające ogniem żagwie43 z wyciem latały w powietrzu, snopy iskier unosiły się ku niebu. Ogień z rykiem i świstem pożerał drewnianą, lekką budowlę.

Gromadka dzieci, które wybiegły z palącej się ochronki, z płaczem tuliła się do sióstr zakonnych.

Jacyś ludzie polewali z sikawki płonącą strzechę i ścianę, lecz cóż to znaczyło dla rozszalałego, ognistego żywiołu?! Obłoki pary znikały w rozpalonym powietrzu. Lada chwila mogły się zawalić belki pułapu.

— Ratujcie! Ratujcie! — rozległ się nagle przeraźliwy, brzmiący zgrozą głos jednej z zakonnic. — W prawej części domu pozostały dwie chore dziewczynki! Ratujcie! Bóg wam dopomoże i wynagrodzi!

Kilku mężczyzn rzuciło się ku wejściu, lecz opaleni, oślepieni buchającym żarem cofnęli się, zasłaniając rękami twarze.

— Ratujcie! Ratujcie! — przeszywało zgiełk jękliwe zawodzenie mniszki.

Amra pochylił się słoniowi do ucha i szepnął:

— Naprzód, Birara! Uderz piersią o róg budynku!...