Słoń chrapnął i cofnął się o krok. Wahał się jeszcze, lecz usłyszawszy ponownie głos kornaka, sapiąc głośno i porykując trwożnie, pobiegł kłusem.

Amra, przyciskając się do grzbietu Birary, nadawał mu potrzebny kierunek.

Olbrzym, nabrawszy rozpędu, szybko zawrócił i przebiegając koło płonącego domu, bokiem zawadził o róg domu, uderzył piersią w cienkie belki i szybko odbiegł.

Na chłopaku zadymiła się koszula i zwinęły się opalone włosy. Słoń prychał i mruczał, bo miał sparzoną skórę na łbie i grzbiecie.

Ofiarność ich i odwaga nie poszły jednak na marne.

Od ciosu olbrzymiego zwierza odpadły deski i belki ściany i odkryły wnętrze.

Dwóch Hindusów natychmiast wbiegło do izby i wyniosło nieprzytomne od obłędnego strachu dzieci.

Widząc, że nie mają nic więcej do roboty, gdyż ogień ogarnął już był cały budynek, Amra ruszył z powrotem ku domowi.

Na moście słoń przystanął i jak gdyby się zamyślił na chwilę. Z cichym jękiem poszedł jednak dalej.

Ulewa ustała. Burza ucichła. Czarne chmury znikały na niebie.