Wyjrzały gwiazdy — bliskie i rozjaśnione. Spoza dżungli wypływał księżyc niezwykle jaskrawy, jak gdyby obmyty strugami deszczu.

Birara ślizgał się na mokrej drodze i potykał, brnąc po kałużach.

Doszli do promu, więc Amra zamierzał zejść na ziemię, aby odnaleźć przewoźnika, lecz słoń ostrożnie przytrzymał go za nogę.

Podniósłszy trąbę i cicho, ostrożnie stąpając, skierował się w stronę dżungli.

— Dokąd idziesz, staruszku? — zapytał go chłopak.

Jak gdyby skradając się i oddychając bezdźwięcznie, Birara szedł wprost przed siebie. Skręcił do przetrzebionej od dawna dżungli znaną mu boczną ścieżyną.

Amra natychmiast przypomniał sobie okolicę.

„Przed rokiem jechaliśmy tędy na porębę...” — pomyślał.

Słoń szedł powolnym, lecz pewnym krokiem.

Nie wydawał żadnych dźwięków i, zdawało się, zapomniał o kornaku, którego niósł na grzbiecie.