Było coś uroczystego i tajemniczego w tym milczącym pochodzie nocnym.

Birara szedł przez znane mu cmentarzysko leśne.

Leżały tu nędzne, smutne szczątki wspaniałej przed laty i potężnej dżungli.

Tymczasem jakież wspaniałe niegdyś i bujne płynęło tu życie?!

Przez chaszcze torowały sobie drogę stada słoni.

Rogate gaury, lekkonogie, śmigłe jelenie i łanie przekładały racicami ścieżki w zaroślach, aby dojść do brzegu morza i lizać okryte solą kamienie.

Za nimi, czając się w pogmatwanej sieci traw i trzcin, czołgały się chciwe tygrysy i zwinne lamparty, tropiące zdobycz.

Ileż to krwawych spotkań, walk, rozpaczy porażki i triumfu zwycięstwa widziały wznoszące się tu niedawno olbrzymy leśne, opowiadające niebu poszumem swych koron o dziejach mrocznej dżungli.

Ileż to zwierząt i ptaków przebiegało i przelatywało przez wyrąbane, popalone ostępy i uroczyszcza kniei? Gdzież ukryły się one teraz?

Być może odbiegły daleko, wypłoszone hałasem powstającego miasta portowego, przeniosły się aż hen, na uskoki Himalajów albo legły na tej ziemi, w proch się już rozsypały, wytępione nieznającą litości ręką Europejczyka?