W tym czasie maharadża nie miał gości.

Cała łąka z zaroślami krzaków i biegnącym, warkotliwym potokiem należała teraz niepodzielnie do Birary.

Słoń rozpoczął od tego, że wnet po kąpieli wytarzał się w wysokiej trawie, a potem długo ocierał się bokami i zadem o skały.

Ulżyło mu to nieco, więc poweselał nawet.

Od kilku dni po raz pierwszy chrząknął i machnął ogonem.

Najadłszy się soczystej trawy, wszedł do zarośli bambusów i jął23 poszukiwać młodych pędów.

Czynił to leniwie, bo oczy mu się kleiły, a trąba zwisała bezwładnie.

Już zaczął drzemać, gdy posłyszał młody, dźwięczny głos.

Ktoś wołał:

— Słoń! Słoń!