Amra nic nie odpowiedział.
Odprowadził przyjaciela do ogrodzenia pałacowego i pożegnał go niskim ukłonem. Tu, w obrębie siedziby maharadżów Satpury, Nassur nie był już dla niego wesołym, miłym towarzyszem zabaw i ciekawych pogadanek.
Stawał się znowu „synem brata słońca”, przyszłym królem całego kraju i narodu.
Widział w tym chłopaku nie tylko swego władcę, lecz również władcę Birary, Warory, matki Sonczy i małych siostrzyczek, do których Amra coraz bardziej tęsknić zaczynał.
Pragnąłby być czym prędzej w trzcinowej chacie rodzicielskiej, słyszeć postukiwanie młoteczka snycerskiego, brzęk żelaznych kociołków, szorowanych przez siostry przy ognisku, tulić się do spracowanych rąk zawsze stroskanej matki...
— Poproszę cię o coś, wielki królewiczu... poproszę, gdy przyjdziesz jutro do wąwozu... — szepnął Amra.
— Przyjdę! — potrząsnął głową Nassur i skinąwszy chłopakowi ręką, zniknął w mroku palm i kwitnących magnolii.
Rozdział VIII. Tasfin — maharadża Satpury
Królewicz Nassur przyszedł nazajutrz na umówione miejsce wcześniej niż zwykle.
Nie znalazł tam jeszcze Amry, oczekującego go dopiero po południu.