Słoń, nie spojrzawszy nawet na niego, przebiegł boczny dziedziniec i stanął przed domem służbowym.

Zajrzawszy przez okno, wyciągnął trąbę i zwlókł leżącego na pryczy Amrę.

— Czyś zwariował, mój staruszku? — zawołał chłopak.

Upomnienia te nie zdały się na nic.

Birara wsadził kornaka na jego zwykłe miejsce i ruszył „z kopyta” ku bramie.

Wkrótce wpadł do wąwozu i postawił zdumionego i uradowanego Amrę przed roześmianym Nassurem.

— Wyrwałem się dziś wcześnie, gdyż ojciec wyruszył na polowanie z jakimiś gośćmi — objaśnił królewicz.

— Ach, jak to dobrze! — zawołał Amra. — Ale może twoja mama będzie cię szukała, królewiczu?

Nassur spuścił oczy i szepnął:

— Moja mama umarła, gdy byłem zupełnie mały. Wychowuje mnie stary, poczciwy Bali, lecz z nim dałem już sobie radę!