Nassur klaskał w dłonie i śmiał się.
Z chwytaniem ryb poszło jeszcze łatwiej.
Wkrótce pod skałą płonęło małe ognisko, przy którym Amra piekł na patyczkach kawałki mięsa i ryby, a Nassur zrywał — różowe owoce mango i z chichotem oganiał się od Birary. Łakomy zwierz mruczał i zapuszczał trąbę do kapelusza królewicza, wyławiając najdojrzalsze owoce.
Chłopaki, ukrywszy się w cieniu, spożywały śniadanie, gdy nagle stojący obok Birara sapnął głośno i podniósł głowę.
Do wąwozu wjeżdżał na pięknym rumaku okazały mężczyzna o długiej, czarnej brodzie i brązowym, dumnym obliczu.
O kilka kroków za nim podążało kilku jeźdźców w barwnych mundurach przybocznej straży króla.
— Ojciec!... — szepnął Nassur. — Uciekaj, Amra.
Chłopak dumnie potrząsnął głową.
— Nie uczyniłem nic złego, więc nie będę uciekał! — odparł.
Tasfin, maharadża Satpury, zbliżał się do ogniska.