Siedzący zaś na słoniu chłopak, jak się wydało Warorze, miał na sobie wspaniałe ubranie — wąskie, długie, z niebieskiego płótna spodenki, takąż koszulę, przepasaną czerwoną szarfą, a na głowie — jedwabną czapeczkę ze złotym galonikiem.

Poza tym syn Warory wyjeżdżał i powracał do domu bez bagaży.

Teraz z terlicy nałożonej na grzbiet Birary, zwisało kilka wypchanych worków.

Warora nie wiedział, co myśleć, więc stał i milczał, zapatrzony w małego jeźdźca.

— Cóż to? — zapytał chłopak. — Nie poznałeś mnie, ojcze?

Po chwili zeskoczył na ziemię i objął Warorę za szyję, tuląc się do niego.

— To ja: wasz Amra!... — szepnął. — Gdzież są mama i siostrzyczki?

Dowiedziawszy się, że powrócą niebawem, zdjął worki z siodła, zwolnił Birarę ze wszystkich jego wspaniałych ozdób i szepnął do niego:

— Poczekaj trochę, stary! Za chwilkę pójdziemy do kąpieli.

Birara mruknął coś niewyraźnego w odpowiedzi.