Tkwił na łące jak szara, bezkształtna skała.
Z opuszczoną smutnie trąbą i ogonem, z nieruchomymi uszami stał, drżąc cały, i ciężko, chrapliwie wzdychał.
Stał się zły i nietowarzyski.
Zobaczywszy przechodzącego poza parkanem żołnierza, popędził za nim i zamierzał uderzyć go trąbą.
Birara napadł wypuszczone na pastwisko słonie sąsiedniego radży i pokaleczył je.
Przez kilka dni miał jeszcze nadzieję, że ujrzy przyjaciół.
Podchodził do sztachet pałacowego ogrodu i trąbił ponuro i błagalnie, jak gdyby pytał:
— Kiedy powrócicie? Gdzie jesteście? Czemuż opuściliście mnie starego? Tęskno mi za wami!... Przychodźcie! Przychodźcie!
Nie wiedział strapiony biedak, że ci, których wołał, płynęli już na pokładzie pięknego statku i z dniem każdym oddalali się coraz bardziej.
Birara zrozumiał wreszcie, że przyjaciele zniknęli nagle.