„Gdzie są? Gdzie?” — mknęły myśli w stroskanej, mądrej głowie zwierzęcia.
Nie widziano go przez kilka dni.
Oddalił się do wąwozu, gdzie bywał z chłopakami codziennie.
Stawał przed skałą okopconą dymem ich ogniska, patrzył smutnie przed siebie i wzdychał.
Nie nęciły go już złociste mango i słodkie korzonki na bagnisku.
Wzdrygał się chwilami i nadstawiał uszu.
Hamował oddech, czekając, że ujrzy tych drogich, kochanych chłopaków, a potem smutnie zwieszał głowę, bo zrozumiał, że to króliki potrącały kamienie, a węże, gnieżdżące się wśród potrzaskanych skał, szeleszczą suchymi liśćmi.
Stał godzinami całymi, nieruchomy, niby z szarego kamienia wykuty.
Nadzieja gasła w jego wiernym sercu, lecz nic nie koiło jego bólu i tęsknoty.
Schudł straszliwie. Bolały go nogi, bo nie kładł się nigdy.