— Ale ja nie byłam taka kapryśnica jak oni.

Dick śmiał się.

— Ej! — zawołał, rozdrabniając ręką ziemię i wdychając jej zapach. — Zdaje mi się, że nikt nie potrzebuje kaprysić, jak się ma wkoło siebie kwiatki takie śliczne i tyle cudnych, dzikich rzeczy, co tu się pną i zwieszają, i innych, co domki i gniazdka sobie budują, a ćwierkają i śpiewają. No, czy nie prawda?

Mary, klęcząca obok niego i podająca mu nasionka, z wolna czółko rozmarszczyła.

— Dicku, jesteś tak miły, jak Marta mówiła. Lubię cię i jesteś już piątą taką osobą. Nie byłabym nigdy myślała, że będę lubiła aż pięć osób.

Dick usiadł na piętach jak Marta, gdy czyściła kominek. W Mary przekonaniu wyglądał zabawnie i uroczo zarazem ze swoimi okrągłymi oczyma, czerwonymi policzkami i zabawnym, zadartym nosem.

— Tylko pięć osób panienka lubi? — zawołał. — A kto są ci czterej pozostali?

Mary poczęła wyliczać na palcach:

— Matka twoja, Marta, gil i Ben Weatherstaff.

Dick zaczął się śmiać, tak, że musiał sobie dłonią usta zatknąć.