248.
Filozof przeciwko rywalom, np. przeciwko wiedzy: tutaj staje się on sceptykiem, tutaj zastrzega sobie formę poznania, której odmawia człowiekowi nauki; tutaj idzie ręka w rękę z kapłanem, żeby nie wzbudzić podejrzenia o ateizm, materializm; atak na siebie uważa za atak na moralność, na cnotę, na religię, na porządek — przeciwników swoich umie on zniesławić jako „uwodzicieli” i „podkładających miny”; tutaj idzie on ręka w rękę z władzą.
Filozof w walce z innymi filozofami — stara się zapędzić ich w taki róg, iżby wydawali się anarchistami, niedowiarkami, przeciwnikami autorytetu. In summa143: o ile walczy, walczy on tak, jak kapłan, jak społeczność kapłańska.
249.
Filozof, jako dalsze rozwinięcie typu kapłańskiego — ma w sobie tegoż dziedzictwo — nawet jako rywal jest on jeszcze zmuszony walczyć o to samo tymi samymi środkami, co kapłan swego czasu; aspiruje on do najwyższego autorytetu.
Co daje autorytet, jeśli nie ma się w ręku fizycznej mocy (żadnych wojsk, żadnej broni w ogóle...)? Jak zyskuje się autorytet, zwłaszcza nad tymi, którzy posiadają fizyczną przemoc i autorytet? (z czcią pokorną zabiegają oni przed książętami, przed zwycięskimi zdobywcami, przed mądrymi mężami stanu).
Zdobywają oni autorytet tylko przez wzbudzanie wiary, iż mają w ręku wyższą, silniejszą przemoc — Boga. Nic nie jest dość silne: potrzebuje się pośrednictwa i usług kapłanów; wciskają się oni jako niezbędni: jako warunków egzystencji potrzeba im, 1) żeby wierzono w absolutną wyższość ich Boga, żeby wierzono w ich Boga, 2) żeby nie było żadnych innych, żadnych bezpośrednich dostępów do Boga. To drugie żądanie samo jedno stwarza pojęcie „heterodoksji”; pierwsze stwarza pojęcie „niewierzącego” (tzn. tego, który wierzy w innego Boga).
250.
Kapłani — a z nimi ci na poły kapłani, filozofowie — po wszystkie czasy nazywali prawdą naukę, której działanie wychowawcze było dobroczynne lub też wydawało się dobroczynnym — naukę, która „czyniła lepszym”. Przez to są oni podobni do naiwnego znachora i czarodzieja z ludu, który, wypróbowawszy jakąś truciznę jako środek leczniczy, przeczy z tego powodu, jakoby to była trucizna... „Po ich owocach poznacie je” — mianowicie nasze „prawdy”: to jest rezonowanie kapłanów do dziś jeszcze. Sami oni dość zgubnie strwonili swoją przenikliwość na to, żeby „dowodowi siły” (lub dowodowi wynikającemu „z owoców”) dać pierwszeństwo, co więcej uczynić go rozstrzygającym o wszelkich formach dowodu. „Co czyni dobrym, to musi być dobrem; co jest dobre, to nie może kłamać” — tak wnioskowali oni nieubłaganie — „co przynosi dobre owoce, to musi być prawdą: nie ma innego kryterium prawdy”...
Ale o ile „doskonalenie” uchodzi za argument, o tyle pogarszanie musi uchodzić za zarzut zbijający. Błąd wykazują oni dowodnie jako błąd przez to, iż badają życie tych, którzy go reprezentują: krok fałszywy, występek są zbijającymi zarzutami... Ten najnieprzyzwoitszy rodzaj przeciwnictwa, napastujący z dołu i z góry, ten psi rodzaj również nigdy nie wymarł: kapłani, o ile są psychologami, nie znajdowali nic bardziej interesującego niż węszenie w tajnikach swoich przeciwników — swój chrześcijanizm wykazują oni przez to, że szukają „brudu” na świecie. Szukają go przede wszystkim u pierwszych tego świata, u „panów”: proszę przypomnieć sobie, jak w Niemczech walczono przeciwko Goethemu (sam Klopstock i Herder przodowali tutaj „dobrym przykładem” — swój swego popiera).