417.

Komu cnota łatwo przychodzi, ten w dodatku jeszcze sobie z niej żartuje. Powagi w cnocie zachować nie można: osiąga się ją i przez nią przeskakuje — w co? W diabelskość.

Jak inteligentnymi stały się tymczasem wszystkie nasze złe skłonności i popędy! Jak wiele ciekawości naukowej męczy je! Tyleż wędek poznania!

418.

„Obiektywizm” w filozofie: moralny indyferentyzm względem siebie, ślepota na dobre i złe skutki: nieprzebieranie między środkami niebezpiecznymi; perwersyjność i wielorakość charakteru uznawana za zaletę i wyzyskiwana.

Moja głęboka obojętność względem siebie: nie pragnę żadnej korzyści ze swego poznania i nie usuwam się też przed szkodami, które mi ono wyrządza. Tutaj włączam i to, coby można było nazwać zepsuciem charakteru; obojętny jestem na tę perspektywę: posługuję się swoim charakterem, lecz nie myślę ani go zrozumieć, ani zmieniać — osobista kalkulacja cnoty ani przez chwilę nie przychodziła mi do głowy. Wydaje mi się, iż wrota poznania przed sobą zamyka, kto interesuje się swoim wypadkiem osobistym — lub chociażby „zbawieniem swej duszy”!... Moralności swojej zbyt uroczyście brać nie należy i skromnego prawa do jej przeciwieństwa odejmować sobie pozwalać nie trzeba...

Trzeba, być może, w tym wypadku przypuszczać rodzaj odziedziczonego bogactwa moralnego: wyczuwa się, że można wiele z tego strwonić i przez okno wyrzucić, nie ubożąc się przy tym szczególniej. Nigdy nie odczuwać pokusy „podziwiania pięknych dusz”; uważać się zawsze za wyższego nad nie. Potwory cnoty spotykać z wewnętrznym szyderstwem; déniaiser la vertu225 — ukrytym zadowoleniem.

Wkoło siebie samego się toczyć; żadnych pragnień stania się „lepszym” lub w ogóle tylko „innym”. Samemu być w tym zanadto zainteresowanym, żeby nie zarzucać na rzeczy macek i sieci wszelkiej moralności.

419.

Rozmyślanie nad kwestiami najogólniejszymi jest zawsze objawem zacofania: np. najdalsze pragnienia względem ludzkości nigdy właściwie przez filozofów nie były uważane za problemat. O „poprawianiu” człowieka wszyscy oni stanowią naiwnie, jak gdybyśmy, dzięki jakiejś intuicji, byli wyniesieni ponad pytajnik, dlaczego „poprawiać”? O ile jest do życzenia, żeby człowiek stawał się cnotliwszym? Lub mądrzejszym, lub szczęśliwszym? Zgodziwszy się, że w ogóle nie znamy „dlaczego?” przeznaczenia człowieczego, żadne z takich pragnień nie ma sensu; i jeżeli się chce jednego, kto wie? może się nie ma wtedy prawa chcieć drugiego? Czy pomnożenie cnotliwości daje się jednocześnie pogodzić z pomnożeniem mądrości i wniknięcia? Dubito; aż zanadto będę miał okazji dowiedzenia czegoś przeciwnego. Czy cnotliwość jako cel, w sensie ścisłym, nie była dotychczas rzeczywiście w sprzeczności ze szczęśliwością? Czyż nie potrzebuje ona z drugiej strony nieszczęścia, niedostatku i samoumartwiania jako koniecznego środka? I jeśliby najwyższe wniknięcie było celem, czyby nie trzeba było wtedy właśnie pomnożenia szczęścia się wyrzec? I niebezpieczeństwo, przygody, niedowierzanie i pokusę obrać jako drogę do wnikania?... A jeśli szczęścia się pragnie, tedy trzeba chyba do „ubogich duchem” się przyłączyć.