Naturalniejszą jest nasza ocena wielkich ludzi i rzeczy: namiętność poczytujemy za przywilej, nic nie wydaje się nam wielkim, jeśli nie zawiera w sobie wielkiego przestępstwa; wyobrażamy sobie wszelką wielkość jako stawanie poza moralnością.
Naturalniejszym jest nasze stanowisko względem moralności: nie lubimy jej już gwoli jej „niewinności”, „rozumu”, „piękności”, uczyniliśmy ją porządnie „diabelską” i „bezmyślną”. Lecz miasto nią pogardzać za to, czujemy się z nią odtąd bliżej spokrewnieni i spoufaleni. Nie aspiruje ona do cnoty: szanujemy ją za to.
Naturalniejszym jest nasze stanowisko względem sztuki: nie wymagamy od niej pięknych kłamstw, ułudy itd.; panuje brutalny pozytywizm, który konstatuje, nie wzruszając się.
In summa236: są po temu oznaki, iż Europejczyk wieku XIX mniej się wstydzi swych instynktów; uczynił znaczny krok ku temu, żeby bez goryczy przyznać się przed sobą do swej bezwzględnej naturalności, tzn. swojej niemoralności: przeciwnie, czuje się dość silnym, żeby ten tylko widok móc znieść.
W pewnych uszach brzmi to, jak gdyby zepsucie poczyniło postępy: i pewna to, że człowiek nie zbliżył się do „natury”, o której mówi Rousseau, lecz posunął się o krok dalej w cywilizacji, której ten nienawidzi. Okrzepliśmy: znowu zbliżyliśmy się do wieku XVII, szczególniej do smaku z ostatnich lat jego (Dancourt, Le Sage, Regnard).
429.
My „obiektywni”. Nie jest to „współczucie”, co nam otwiera wrota do najdalszych i najbardziej obcych sposobów istnienia i kultury; lecz nasza dostępność i brak uprzedzeń, które właśnie nie współczują, lecz przeciwnie cieszą się tysiącami rzeczy, wobec których dawniej cierpiano (oburzano się lub poruszano, lub spoglądano wrogo i chłodno). Cierpienie ze wszystkimi odcieniami jest obecnie dla nas interesujące: lecz przez to nie jesteśmy bardziej współczujący z pewnością, nawet jeśliby widok cierpienia wstrząsał nami do głębi i łzy wyciskał: w każdym razie nie ożywiają nas wskutek tego uczucia bardziej uczynne.
W tej dobrowolnej chęci wnikania we wszelkiego rodzaju niedole i występki staliśmy się mężniejszymi i silniejszymi, niż był wiek XVIII; jest to dowodem wzrostu naszej siły (zbliżyliśmy się do wieku XVII i XVI). Lecz jest to głębokim nieporozumieniem poczytywać naszą „romantykę” za dowód „wypięknienia duszy”. Pragniemy silnych sensations, jak ich pragną wszystkie epoki i warstwy grubsze. (Należy to przecież wyodrębniać od potrzeby neurasteników i décadents: u tych jest tutaj potrzeba pieprzu, nawet okrucieństwa.)
My wszyscy szukamy stanów, w których moralność burżuazyjna nie ma nic do powiedzenia, tym mniej kapłańska (każda książka, w której unosi się jeszcze cokolwiek zapachu księżego lub teologicznego, sprawia na nas wrażenie godnej litości niaiserie237 i ubóstwa). „Dobrym towarzystwem” jest to, gdzie w gruncie nie interesuje nic prócz tego, co w społeczeństwie burżuazyjnym jest właśnie zabronione i ma złą opinię: tak samo rzecz się ma z książkami, muzyką, polityką, oceną kobiety.