205.
Moralność w ocenie wartości ras i stanów. Zważywszy, że afekty i popędy zasadnicze w każdej rasie i w każdym stanie wyrażają coś z warunków ich egzystencji (przynajmniej coś z warunków, przy których utrzymywały się one na swym stanowisku przez najdłuższy przeciąg czasu), wymagać, żeby one były „cnotliwe”, znaczy to:
wymagać, żeby zmieniły swój charakter, żeby wylazły ze swej skóry i wymazały swą przeszłość;
wymagać, żeby przestały odróżniać się;
wymagać, żeby upodobniły się w swych potrzebach i wymaganiach — wyraźniej: żeby obróciły się w niwecz...
Dążenie do jednej moralności okazuje się zatem tyranizowaniem innych gatunków przez ten gatunek, na miarę którego ta jedna moralność jest ściśle przykrojona: jest to zniszczenie albo zuniformowanie na korzyść gatunku panującego (czy to w tym celu, żeby gatunek inny nie wzbudzał już obawy, czy też, żeby był wyzyskany). „Zniesienie niewolnictwa” — rzekomo „danina należna godności ludzkiej” — po prawdzie zaś zniszczenie zasadniczo odmiennej species (podkopywanie jej wartości i jej szczęścia).
To, w czym tkwi siła rasy przeciwniczej lub przeciwniczego stanu, to wykłada im się jako to, co jest w nich najbardziej złe, najgorsze: ponieważ przez to szkodzą one nam („cnoty” ich zostają oczernione i ochrzczone innym mianem).
Uchodzi to za zarzut przeciwko jednostkom i narodom, jeśli nam szkodzą: ale z ich punktu widzenia jesteśmy dla nich pożądani, ponieważ jesteśmy takimi, z których można mieć pożytek.
Żądanie „uczłowieczenia” (które zupełnie naiwnie mniema, iż posiada formułę „co jest ludzkie?”) jest tartiuferią, pod której płaszczykiem zupełnie określony typ człowieka stara się dojść do panowania, wyrażając się dokładniej, zupełnie określony instynkt, instynkt stadny. „Równość ludzi”: co ukrywa się pod tą tendencją, by coraz więcej ludzi jako ludzi stawiać na równi.
„Interesowność” ze względu na moralność pospolitą. (Fortel: wielkie żądze, żądzę panowania i żądzę posiadania, zrobić protektorami cnoty).