Nie wiem, gdzie dziś jestem? — jeszcze mi nigdy tak tęskno nie było. Więc go nie widziałaś. O! pewnie; nie spieszy się. Jak zbrodnia cięży na piersi mojej... Idź, Zofio! każ mi najdzikszego z mojej stajni osiodłać rumaka. Ja muszę na wolne — obaczyć ludzi i niebo błękitne, i sercu mojemu ulżenie wyjeździć.
ZOFIA
Jeśli wam niedobrze, Milady — trzeba zwołać assemblée26, księcia do stołu zaprosić, albo przed waszą sofą kazać grać lombra. Mnieżby książę i dwór cały stali na rozkazy, a w głowie mojej miał szumieć kaprys niezaspokojony?
LADY
rzuca się na sofę
Zostaw mnie, proszę: dam ci diament za każdą godzinę, w której się ich pozbędę. Czyż ja tą ciżbą mam pokoje moje meblować? Ach! To są ludzie źli i godni politowania — przestraszają się jednego słowa, gdy go czułym, gorącym sercem wymówię — krzywią nos i usta, jakby upiora postrzegli. Niewolnicy skaczący po drucie wertepowym, którym ja łatwiej niźli szydełkiem kieruję. Co począć z ludźmi, których dusze tak jednakowe, jak ich zegarki? Jakąż przyjemność znajdę zapytywania ich o co, kiedy wiem naprzód, jaką dadzą odpowiedź? Albo prowadzenia rozmowy, kiedy im lękliwość w zdaniu różnić się nie pozwoli. Precz z nimi. — Przykro jeździć na koniu, który nawet uzdy kąsać nie umie.
zbliża się do okna
ZOFIA
Księcia przynajmiej wyłączysz, Milady — najpiękniejszego człowieka, najognistszego kochanka, w całym kraju głowę najdowcipniejszą.