bieży do niej, patrzy czas niejaki osłupiałym wzrokiem, potem opuszcza ją i z wielkim poruszeniem mówi
Nie! Nigdy Lady! Za wiele wyciągasz. Ja ci tej niewinności poświęcić nie mogę. Nie! Przez Boga nieskończonego, nie mogę złamać przysięgi, która mnie z jej martwego oka piorunem nieba głośno napomina. Patrzaj tu Milady — tu patrz ojcze. Mamże ja anioła tego zamordować? piekło cisnąć w tę niebiańską duszę? zbliżając się do niej Ja cię przed tron zaprowadzę Boga; niech przedwieczny osądzi, czy moja miłość jest zbrodnią. bierze ją za rękę i podnosi z krzesła Uspokój się, najdroższa! Przy tobie wygrana — jako zwycięzca z najniebezpieczniejszej walki przychodzę.
LUDWIKA
Nie! Nie, nic mi nie ukrywaj. Powiedz wyrok straszny. Wspomniałeś o ojcu, wspomniałeś o Lady? Dreszcz mnie śmierci przejmuje — mówią, że ma iść za mąż.
FERDYNAND
padając do nóg Ludwiki
Za mnie, nieszczęśliwa!
LUDWIKA
po chwili ze straszną niespokojnością
I czegóż się lękam. — Ot ten stary człowiek często mi powtarzał — ja wierzyć nie chciałam. rzuca się ze łkaniem w objęcia ojcowskie Ojcze, twoja córka powraca — daruj jej — dziecko twoje niewinne, że sen — był tak piękny — a takie straszne przebudzenie.