Czyliż portki waćpana, mój książę, nie dostarczyły wybornego trunku? A trzewiki nie spływają po krtani jak miód?

LEONCE

Popatrz, te stare drzewa, żywopłoty, kwiaty, wszystko to ma swoje dzieje, swoje urocze, utajone dzieje. Czy widzisz te olbrzymie, przyjazne oblicza na przyzbie, pod kiśćmi wina? Jak też zasiedli, trzymając się za ręce, i trwożą się, że tak są zgrzybiali, a świat tak młody. O Valerio, i jam tak młody, a tak stary świat. Czasem przeszywa mnie lęk o mnie samego, mógłbym zaszyć się w kąt i, litując się nad sobą, płakać rzewnymi łzami.

VALERIO

podając mu szklankę

Ujmij ten klosz, szklany klosz, i zanurz się w morzu wina, niechaj szumiąc zamknie się nad głową. Spójrz, jak elfy złotymi stopkami igrają nad winogradem, uderzając w cymbałki.

LEONCE

zrywając się

Valerio, chodź, musimy czymś się zająć, koniecznie się zająć! Zapuśćmy się w głębokie dociekania; badać będziemy, czemu ten zydel stoi na trzech nogach, a nie na dwóch. Chodź, będziemy robić sekcję mrówek i liczyć słupki kwiatów. Mimo wszystko zdobędę się jeszcze na jakąś pasję książęcą. Mimo wszystko odnajdę grzechotkę, która wtedy wypadnie mi dopiero z rąk, kiedy pochylę się, by zbierać płatki śniegu lub skubać frędzle. Tkwi we mnie jeszcze pewna doza entuzjazmu, ale kiedy wszystko przyrządzę i misa paruje, upływa nieskończenie wiele czasu, nim znajdę łyżkę, którą mógłbym czerpać, i tak kończy się wszystko na niczym.

VALERIO