Reportaż ten jest więc równocześnie znów prawdą o stosunkach pracy w Polsce.
Czy książka ta ma na celu siać przygnębienie? Przenigdy! Każdy przecież rozdział jej świadczy wymownie o tym, że poprzez mrok i poniewierkę ludu — idzie już ku nam jasny wiew, świta lepszy dzień...
Jest to niedaleki już dzień zupełnego połączenia, dokonanej jedności robotniczo-chłopskiej.
I. Pan Majster
Fabryka pod firmą „Szpilka” była fabryką wyrobów trykotażowych. Wyrabiano tam swetry, komplety ze swetrów i spódniczek, czapek z szalami, pulowery, bieliznę z cienkiego trykotu, dziecinne sukienki, pończochy, rękawiczki. Fabryka ta należała do najmłodszych w Polsce, powstałych w latach kryzysu. Prawdopodobnie w ankietach instytucji naukowo-badawczych, zawierających pytania co do kapitału zakładającego fabrykę, zostało o niej zaznaczone: „obcy kapitał”; dziwić się też można, że po tragicznych zdarzeniach, wyrosłych ze stosunków w tej fabryce, prasa mieszczańska antyrobotnicza nie podchwyciła tego motywu: „obcy kapitał”. Tak długo, tak wygodnie, tak bezpiecznie pokrywało się bagno naszych stosunków fabrycznych ową „obcością” kapitału! Otóż kapitał w spółce akcyjnej p. f.1 „Szpilka” był międzynarodowy, jak każdy inny kapitał, różnonarodowy, mieszany: składowe części tego kapitału były: polskie, żydowskie, austriackie, a zapewne i jeszcze inne. Natomiast dyrektorem zarządzającym z ramienia spółki (jednocześnie akcjonariuszem) był Polak, Bronisław Baczyński. Baczyński był zupełnie podobny do olbrzymiej większości kierowników przedsiębiorstw przemysłowych w Polsce i poza Polską. Zespół robotników fabryki stanowił dużą grupę: od razu przyjęto przeszło 300 osób, a potem porozszerzano jeszcze niektóre oddziały i dodatkowo przyjęto kilkadziesiąt kobiet. W ogóle kobiet pracowało tu więcej niż mężczyzn.
Ponieważ fabryka znajdowała się na krańcach miasta, dokonywano werbunku robotników w znacznej mierze z najbliższych wsi. W tej też drodze dostało się tu dużo młodziutkich dziewcząt, wyciskanych z wiejskich domów rodzicielskich przez potworną nędzę chłopskich rodzin. Niedożywienie, nędzne warunki egzystencji tych rodzin powodowały widoczne karłowacenie młodzieży, tak iż szesnastoletnie dziewczątka wyglądały często (co do wzrostu i tuszy) tak, jak dwunastoletnie dziecko zamożniejszego domu. Te „smarkatki”, jak je przezywano w fabryce, obciążały życie załogi robotniczej istną plagą pełnej bezradności i bezbronności. Szły przecież do pracy na warunkach zupełnie dowolnych: przyjmowano je jakoby „na naukę” do wyrobu trykotaży i przez całe miesiące nie pobierały żadnej zapłaty. Pracować musiały natomiast tyleż godzin, co reszta robotników i robotnic i przy tym dodatkowo spełniać wszystko, co im kazał majster lub starsza robotnica.
Dziewczęta tu zazwyczaj bywały dodawane jako „uczennice” do trykotarek. Zamiatanie pracowni po pracy, przynoszenie wody do picia, inne posługi, to wszystko obarczało dziewczęta. Od nich też, od tych małych, rozpoczęła się ta swoista poniewierka kobiet, która wyrasta, jak grzyby po deszczu, na podłożu lat kryzysowych. Zaczęło się to od początku, w kilka tygodni po uruchomieniu fabryki. Właśnie wtedy rozszerzono wykończalnię, początkowo zbyt ciasną i do tej pracy w wykończalni poprzyjmowano dużo kobiet i dziewcząt.
Do pracy przyjmowali w fabryce wyłącznie majstrowie. Ich to było zadaniem i ich przywilejem. Majster wykończalni miał w portierze fabrycznym swojaka, całkiem mu powolnego. Nazywali się obaj podobnie: majster był Zielnik, a portier — Zielak. Zgodnie z widoczną między nimi umową, już portier Zielak odsortowywał odpowiedni materiał kobiecy dla wykończalni, a raczej po prostu płciowy dla Zielnika. Drobne, zachudzone dziewczyninki przychodziły bardzo często z matką lub ojcem, żeby omówić warunki. Dla tych dziewcząt ze wsi, a nawet i dla rodziców taki portier, czysto odziany, mający na tytoń, odżywiony, był „panem”. Toteż proszenie, pochylanie się do ręki itp. już tu się zaczynało. Zielak robił srogą minę, wydymał pogardliwie usta, a wzrokiem bardzo bystrym, wzrokiem „speca” lustrował dziewczynkę. Jeżeli była niebrzydka, świeża, pomimo zabiedzenia, albo miała w sobie jakiś przyrodzony pieprzyk — decydował sam od razu. Do ojca (lub matki) mówił poważnie: „No, mała wygląda do rzeczy! Może się nada do pracy, musi się przykładać. Zostawicie ją tu: przedstawię ją majstrowi do lepszej pracy. Byleby się starała, to będziemy dla niej jak ojce”... Rodzice dziękowali, kłaniali się, ocierali czasem łzy ze wzruszenia, kiwali małej surowo, żeby się przykładała; sami zaś już kombinowali mozolnie, jak potrafią podziękować panu portierowi.
Mała zostawała, pełna podniecenia, nerwów i najróżowszych nadziei. Prędko też mogła przystąpić do pierwszej, zasadniczej w tej fabryce czynności: przykładania się, nie to, żeby do pracy, ale do majstra Zielnika w wykończalni. Portier był rzetelny w podziale funkcji, obowiązków i przywilejów: pilnował swej z majstrem umowy. Robotnicy nie doszli nigdy, jaki w tym wszystkim udział miał portier, poza świadczeniami „w naturze” od wiejskich rodziców: chyba swojak opłacał go pieniędzmi. Z dziewcząt bowiem Zielakowi nie wolno było nigdy naprzód skorzystać, chyba tylko czasem po majstrze i to kiedy majstrowi nie chciało się przykładać do takiej.
Ale mała przechodziła całą szkołę całkiem planowo. Po odejściu rodziców portier kazał jej zawsze wejść do portierni i tam dokładnie ją ze wszystkich stron badał: czy zwięzła w sobie, czy nie rozklapana, czy nie brudna na karku; czy pod pachami i pod piersiami nie cuchnie. Niektóre dziewczęta na pierwsze dotknięcie odpowiadały ostro, protestem i krzykiem. Nie dlatego, żeby im o samo dotknięcie szło, bo przecież swawole zdarzały się niejednej, choćby najbardziej dziecinnej dziewczynie, w domu, na zabawie, z rówieśnikami, ale tu, gdy przyszła do pracy, zarabiać — takie coś! Niejedna krzyknęła i porwała się zaraz lecieć w ślad za ojcem, ze skargą na „cygaństwo”. Portier na ostre sposoby miał swoje ostre. Jeżeli dziewczyna była „udana”, przytrzymywał ją mocno, ręką usta zatykał, a do ucha syczał: „Ty głupia! Ty kurwa! Myślisz, że ci kto uwierzy!! Durna! Nie rozumiesz, że pracy inaczej dziś nie dostaniesz; musimy wiedzieć, czy wszystko w sobie masz w porządku, czy się też już masz na rozsypki z bękartem zasranym! Durna! Ładna jesteś i to majster może, owszem, uwzględnić, że lepszą robotę dostaniesz, ale jak ty tu przychodzisz hrabinę odstawiać, to wont i w te pędy, a już my tu tak po mieście roztelefonujemy, żebyś się nigdzie nie dostała do pracy!”