— Prorządowa — wtrącił Baczyński, pogrążony zresztą w pracowitych rozmyślaniach na tematy, poruszane przez genialną żonę.

— Propaństwowa!! — odrzuciła z temperamentem pani Zosia — zupełnie nie nadajesz się do polityki: propaństwowa, to mocniej, szerzej i trwalej. I lepiej brzmi, bardziej przekonująco.

Zabrali się tedy wspólnie i pracowicie do wykonywania tego planu. Sympatie decydujących „ciał” w urzędach skarbowych pani Zosia pozyskała piorunem. Wspólność środowiska, kresowe wspomnienia działały. Bardzo mało straciła nawet na to czasu. Wojskowe za to sfery nie poszły łatwo. Tam panowało jednak jakieś sekciarstwo. Nieprzyjemna generałowa była w młodości nauczycielką, peowiaczką34 i powiastki pani Zosi na temat broni w łóżku ciotki (które ze skutkiem nieraz już powtarzała) spotkały się tu, zamiast z dobrze wychowanym potakiwaniem — z nieufną kontrolą: w czyim domu, kiedy właściwie, z kim, z czyjego polecenia, w jakim kontakcie itd. Nieszczęście chciało, że miasto wymienione przez panią Zosię było generałowej jak najlepiej znane właśnie z tego okresu konspiracji: imiennie znała tam cały, szczupły i dobrany, skład odpowiedzialnych cywilnych konspiratorów oraz żołnierzy delegowanych w okresie wojny dla celów konspiracyjnych. Pani Zosia wpadła, jak nigdy w życiu: męczące wypieki wystąpiły na delikatnie umalowaną twarzyczkę.

Generałowa zastosowała się wprawdzie natychmiast do wymogów dobrego wychowania, wycofała z tej rozmowy, zapytała o dziecko, ale oba małżeństwa odczuły, że nic z tej znajomości nie będzie. Baczyńscy prędko wyszli, a generałowa określiła ich jednym, dosadnym słowem: „Hochsztaplerzy”. Generał, spokojny, beznamiętny filozof, sprostował to z wielkim umiarem: „Przesada!! O tę broń ci chodzi? No to przecie w BB35 przynajmniej co trzeci człowiek wymontował dziś sobie jakąś historię niepodległościową! Baczyńskiego zaliczają poza tym do zupełnie pewnych i do ważnych ogniw w gospodarczych sferach... Poślemy im bilety i na tym się skończy”.

Kompleks wojewody, w myśl planu, małżeństwo opracowywało wspólnie. Tak z miejsca o jakiejś ofensywie nie było co myśleć, bo wojewoda miał wysokie stosunki, wysokie mniemanie o sobie i wcale się nie przykrawał do prowincji. To miało być czasowe, ta prowincja. Przez kilka miesięcy nawet nie otwierał domu: wstęp małżeństwa z wizytą, choć mieli już drogi, nie był wskazany. Ale pani Zosia nie darmo pochodziła ze starej, dostatniej rodziny ziemiańskiej i we krwi już, jak mawiała, „prócz kozackiego temperamentu” miała umiejętność obracania się dokoła swych celów i zamierzeń, a zwłaszcza gdy wchodziły w grę „tricki” towarzyskie. Więc właśnie pierwszy okres, nim wojewoda otworzył swój dom, jako dom rodzinny, nadawał się najlepiej i dla strategii pani Zosi, i dla „roboty” pana Baczyńskiego.

Pan Baczyński działał z dala i został tylko przygodnie raz przedstawiony wojewodzie na jakiejś uroczystości. Ale pani Zosia w parę tygodni po objęciu przez wojewodę urzędowania dobrnęła już do osobistej, mniej formalnej znajomości. Urządziła to sobie wcale pomysłowo. Poszła w składzie delegacji od stowarzyszenia dobroczynnego, które miało wyraźną fizjonomię endecką i zachowywało się dotąd w stosunku do władz z wielką rezerwą.

Pani Zosia wkupiła się do tego stowarzyszenia znacznym datkiem, podparła się osobą jednej z wpływowych tam pań, którą potrafiła sobie pozyskać i osobiście zobowiązać; skłoniła do wyłonienia takiej delegacji, dotyczącej urządzenia kolonii dla dzieci bezrobotnych z pomocą województwa. Gdy przed wojewodą usiadły trzy panie, dwie z nich określił sobie w myśli jako „krowy”; trzecia była urocza i niezwykle zgrabna, zafascynowała go też z miejsca. Gdy mianowicie zorientował się w reprezentowanej organizacji, zauważył, iż jest mile zdziwiony tym kontaktem, gdyż na dotychczas zajmowanych stanowiskach spotykał się nieraz z nieufną postawą tej organizacji, a co najmniej — z nieżyczliwą powściągliwością. Dwie krowiaste paniusie, wyczuwając niezręczność sytuacji zaczęły coś bąkać, ale pełna temperamentu pani Zosia spiorunowała je wzrokiem, wojewodzie zaś odpaliła prosto z mostu:

— To wszystko, panie wojewodo... muzyka przeszłości! — przy czym roześmiała się tak czarująco i zaraźliwie, że z nią razem śmiał się i wojewoda, i nawet zaczęły się uśmiechać obie panie. Gdy wojewoda żegnał delegację, obiecując na pewno poparcie, podziękował im za nawiązanie miłego kontaktu, na co otrzymał odpowiedź pani Zosi, równie jak pierwsza kategoryczną:

— To już jest efekt przybycia tu pańskiej Osoby, Panie Wojewodo! Sobie tylko Pan zawdzięcza takie zmiany!!

Bardzo mile zmierzyli się oczami. Wojewoda odniósł i zapamiętał sobie jak najkorzystniejsze wrażenie. — Pani Zosia stosowała zmienną taktykę: czasem dawała odczekać, czasem „kuła na gorąco”. Psychikę wojewody zanalizowała w kierunku potrzeby „kucia na gorąco”: może był rozproszony i nie zanotuje sobie w pamięci? Toteż wybrała się nazajutrz wieczorem do dancingu (mąż był poza miastem) z parą starszego, życzliwego małżeństwa skarbowców, które pragnęło (wspólność środowiska) umożliwić Zosieńce porządne wytańczenie się. Pani Zosia miała dokładne wiadomości, że wojewoda jest obecny w mieście i że tu przyjdzie około dziesiątej. Rzeczywiście przyszedł z dwoma panami, zapraszał do tańca upatrzone na sali damy i prawie natychmiast dostrzegł, poznał i ocenił panią Zosię. Była w skromniutkiej, gładkiej sukience dancingowej z kawałkiem futra, pozwalającej widzieć tylko całe plecy. Kontrastował z tym prowokacyjnie przód, osłonięty aż po gardło. Nie była już wcale podobna do delegatki w biurze: była po prostu olśniewająco efektowna, piękna. Wojewoda znał małżeństwo skarbowców, zresztą znany był z tego, że nie hołdował żadnym towarzyskim ceregielom. Zaprosił więc natychmiast panią Zosię, a że tańczyła bez zarzutu, więc tańczył z nią tylko przez cały ten wieczór. Przypadli przy tym sobie do gustu tak walnie, że nie mogli wcześnie zakończyć zabawy. Toteż starsze małżeństwo (taktowne dzięki wspólności środowiska) bardzo przeprosiło wprzód panią Zosię, że musi iść już spać, potem pana wojewodę, że musi obarczyć go obowiązkiem odwiezienia przemiłej pani Zosieńki do domu, w ich zastępstwie. Nieskrępowana porą, pani Zosia dała się odwieść do domu o trzeciej nad ranem, wprost z dancingu. Wojewoda prosił o częstą możliwość takich spotkań, bo zrobili wspólną obserwację, że są jakby „od razu stańczeni” ze sobą, a dla dobrych tancerzy — no, to się wie, taka okazja nie jest do pogardzenia...