Pani Zosia dodała tu marząco, że rzeczywiście, to się rzadko zdarza: nie tylko podobne odczuwanie muzyki, rytmu tańca, ale i chyba dobrana budowa ciał, nóg, ramion... „Tak się dobrze układamy ze sobą, nieprawdaż?” Że zaś układała się i miła rozmowa, i wspólne zainteresowania sportowe, więc oboje uznali znajomość za wymarzoną. „Sztama” została zawarta i odtąd pani Zosia — ile razy chciała — mogła spędzić z wojewodą czas na dancingu, w doskonałych warunkach poruszania różnych tematów przy kieliszku likieru lub wina, lub jeszcze lepiej — z ust do ust, z bliskiej odległości postaw współczesnego tańca.
Echa „roboty” Baczyńskiego, oczywiście doprowadzone do wojewody, nie potrzebowały już nawet nic dodawać do sytuacji: wojewoda zanotował sobie ten dom w szeregu domów życzliwych. Toteż, gdy Baczyński przy jakiejś okazji przedstawił się powtórnie wojewodzie, w biurze, spoglądając mu przy tym z oddaniem w oczy, wojewoda po prostu uścisnął mu rękę i powiedział: „Panie, ja jestem człowiek czynu, nie lubię zbytecznych słów! Znam pana i panią. Krótko: mam do państwa zaufanie! Przepraszam pana, ale mam telefon!”.
Była to jedna z chwil, w których Baczyński poczuł uwielbienie dla tego typu ludzi.
— Jakże głupio sądziłem ich — mówił w domu do genialnej żony. — To morowcy! Morowcy, wszystko piorunem, od razu zrozumiane, od razu sztama!!
A żona pokiwała głową:
— Bo ty się nie bardzo umiesz rozeznać.
W fabryce Baczyński nie przesiadywał dużo. To był za mały dla niego interes. „Kierował” oczywiście, ale z góry. Miał tam zespół wyszkolonych i pewnych ludzi. Miał zresztą poza tym inne, większe i dużo bardziej dochodowe interesy przy montażu „gospodarczego dobrobytu państwa”. Wszystko oczywiście — propaństwowe rzeczy! Nie mógł się więc zacieśniać do wąskiego odcinka.
Jednak kierował fabryką sprężyście i dobrze wiedział, co się tam dzieje. Krótkie błyskawiczne rozmowy, jakie odbywał w fabryce, aż nadto o tym świadczyły.
Gdy aresztowano Jackowskiego, zaniepokoił się.