Baczyński aż odsunął się z krzesłem z oburzenia.

— O takie głupstwo? Także coś!! A oczywiście, że na korzyść firmy! Proszę pana, każę! Toż bolszewicy chyba u nas pracują, nie? Nie będę gadał z Miernikiem! I tak pojutrze mam z nim brydża u dyrektora banku, to mu wygarnę! Dobry sobie! Dzwonił dziś jeszcze? To oddzwoń mu pan: powiedz mu, że owszem, byłem, słyszałem i niech nam z tym głowy nie zawraca! A jak nie umie sobie z robotnikami radzić, to mu zwolnię całą tę załogę i znajdę dziś zaraz takich, co bez książeczki i bez obliczeń, za sam tylko chleb pracować będą!

— Pańkowicz krytycznie przysłuchiwał się temu wybuchowi pasji dyrektorskiej.

— Oj, panie prezesie! Nie jest już dziś tak dobrze, jak było w 1932, ’33 roku... Oni tu jakoś w oczach twardnieją, panie prezesie!

Baczyński nie lubił „zawracania głowy”.

— Panie, co pan mi tu krakać przychodzisz! Ja już raz w Rosji przeżywałem bolszewizm, bez światła w domu, bez wody, bez klozetu i wszystkie te ich socjalistyczne przyjemności!... A tu w Polsce przeżyłem taki strach w tym dwudziestym szóstym roku, kiedy się bałem, że socjalizm wprowadzać będą... Teraz nareszcie żyję, wiem, że mam Polskę, ojczyznę jak się patrzy: dobre stosunki z wojewodą, z każdym. A pan mi tu na nerwy działa!! Pesymista pan, czy źle pan trawi?! Nie chcę tego słuchać! Masz przecie pan Gałkowskiego! Siadywał z nami, psia jego mać, na różnych akademiach i tam dalej, to niech teraz działa!! No co jeszcze?! — dodał, widząc zakłopotany uśmiech urzędnika.

— Panie prezesie — powiedział skromniutko Pańkowicz — no boję się już mówić, bo pan prezes mi wymyśla od pesymistów... Ale i Miernik, i Gałkowski, nie mają już tu u nas wiele do gadania... Tu się tworzy jakoś samorzutnie... Kto ich tam wie jak... Wśród tych świętej cierpliwości chłopów, głuptasów... tworzy się jakiś wspólny front...

Baczyński porwał za kapelusz i ostro podał mu rękę.

— Pan masz chore nerwy albo tam coś u pana nie działa! Przewietrz się pan dobrze, wyładuj, bo masz jakieś... szkodliwe urojenia! Żegnam. Sam załatwię z Miernikiem!