Tak pod władzą spółki z nieprawdziwego zdarzenia: dyrektora, delegata, inspektora pracy w państwie o demokratycznych, robotniczych ustawach ochronnych, w warunkach zupełnego lekceważenia sobie wszelkich ludzkich praw robotnika, powstawał, jakby z oparów bagnistej mgły, ów tajemniczy, nienawistny dla jednych, zbawienny dla drugich — robotniczy front...
IV. Inspektor pracy
Robotnicy fabryki trykotaży pod firmą „Szpilka” prócz społecznego zastępcy w osobie delegata Romana Gałkowskiego, mieli stałego urzędowego zastępcę na mocy ustaw prawnych — inspektora pracy. Obwodowy inspektor pracy, inżynier Jan Miernik, objął „Szpilkę” pod nadzór przed dwoma laty. Miernik należał do rzędu ludzi bardzo ułożonych towarzysko; był nie tylko uprzejmy, ale układny i bardzo grzeczny: w manierach jego, sposobie podawania i brania ręki, w wyrazie oczu i sposobie zaglądania w oczy rozmówcy było dużo słodyczy lepkiej jak miód i ciepłej, miękkiej jak trykoty. Tę cechę słodyczy, przelewającej się na zewnątrz (ale nie dotykającej wnętrza Miernika) przeniósł on poprzez całe swoje życie. Z tą słodyczą zdał maturę i zrobił dyplom politechniki rosyjskiej przed wojną, z tą słodyczą posuwał się w Polsce po szczeblach służby inspekcyjnej, dziwił się w roku 1918 konfliktowi dokoła białego orła („Po co było zdejmować, ale jak już się stało, to po co było wkładać z powrotem tę koronę?”). Z tą samą słodyczą przeprowadzał drobne walki i intrygi w środowisku służbowo-koleżeńskim, konstatował w sobie nagle usposobienie do przyjęcia teorii „führeryzmu” (wodzostwa), bronił się przeciw wyciąganiu konsekwencyj ze swego oportunistycznego, nijakiego, niesumiennego spełniania obowiązków inspektorskich. Słodycz więc — miodowo-trykotowa — towarzyszyła wszystkim życiowym wyczynom i zdobyczom Miernika. Pierwsze zetknięcie jego z robotnikami w nowym ośrodku czy też fabryce (Miernik często zmieniał miejsca urzędowania) bywało również pod znakiem słodyczy, bardziej umiarkowanie wydzielanej niż w innych środowiskach („Nie możemy się spoufalać jako urzędnicy!”), ale dostatecznej, żeby dobrotliwe środowisko robotnicze odpowiadało na razie dobrym przyjęciem. W wielu ośrodkach swego urzędowania i nawet przez długi dość czas Miernik utrzymywał dobrą opinię o sobie tylko dla tej jednej przyczyny: nie bywał szorstki ani surowy. Była więc to jego sztuka życia i urzędowania.
Miernik był inspektorem pracy od początku tworzenia inspekcji w niepodległej Polsce i słusznie mógł się uważać za jednego z najbardziej doświadczonych, znających warunki urzędowania inspektorów. Znał rzeczywiście znakomicie wszystkie możliwości wymijania się na tym urzędzie z istotną pracą, znał dokładnie psychikę urzędników ministerstwa pracy, całą atmosferę wahań i ewolucyj, w której, jak w parującym kuble, wygotowywało się kierownictwo urzędu tego w Polsce. Umiał tedy wychodzić zwycięsko z każdego niebezpieczeństwa i z każdego zamieszania. Urósł też do miary zdolnego urzędnika, ustosunkowanego inspektora pracy, typu uważanego niekiedy przez władze za raczej dodatni. Od wielu inspektorów pierwszego okresu Polski różnił się gruntownie brakiem wszelkiego zainteresowania pracą inspekcyjną. Zresztą, umysłowość Miernika, klasycznie płytka, nie dopuszczała w ogóle żywszych i głębszych zainteresowań umysłowych. „Wyżywał” się on i wyładowywał na całkiem innych odcinkach. Kochający mąż i ojciec, chętnie pomnażał liczbę członków swej rodziny i w wieku około lat czterdziestu, miał już sześcioro dzieci. Rodzinne instynkty nakazywały mu pieczołowite dbanie o swoją gromadkę: dzieci powinny były mieć dobre warunki, sport, letniska, wycieczki, odpowiednią odzież, naukę języków obcych poza szkołą, muzykę, plastykę itp. To wszystko razem bardzo dużo kosztowało i bardzo trudno było na to wszystko zarobić. Miernik uważał się za klasycznie uczciwego człowieka. W obrębie jego pojęć o uczciwości mieściły się jednak od samego początku takie np. rzeczy: gdy zawarł z pewną fabryką wyrobów wełnianych umowę, dotyczącą sprzedaży wyrobów urzędnikom ministerstwa na raty, nie wahał się liczyć kolegom drożej niż sprzedawała mu firma, poczytując różnicę za słuszne wynagrodzenie swego pomysłu i osiągniętego porozumienia. Była to rzecz, która w koleżeńskim gronie już dawno, w najmłodszych latach życia polskiej inspekcji określiła oblicze Miernika. Wprawdzie zatuszowano tę sprawę; ktoś, kto uczynił to odkrycie, zgodził się nie wynieść tego poza obręb urzędu; kontaktowanie się urzędu i urzędników ze światem przemysłu i handlu dość prędko wyżłobiło ścieżkę wątpliwości etycznych w tej dziedzinie: „Czy to mu się jednak nie należało? Za fatygę? Za pomysł?”... „Ale dlaczego to ukrył przed kolegami?! Przecież to już dowód, że sam to uważał za nieetyczne!”... „No — odpowiadali inni — krępował się postawić to z nami handlowo; wstydził się, oczywiście, niepotrzebnie!” — Tak utarła się Miernikowi ta pierwsza próba.
Potem przyszły inne pokusy, wyrastając, jak piętra w budowanym domu, z jego rozwijającej się pracy inspektora. Gdy koledzy nie chcieli kupować w innej fabryce na raty, np. porcelanowych serwisów do herbaty czy kawy (nie chcieli, bo nie każdy zarabiał na samą kawę lub lepszą herbatę, a pić mógł w szklance i zwykłym kubku), Miernik wzruszał ramionami, słodził namową; potem — krótko rozmyślał i zawierał z fabryką umowę, oczywiście już ustną, dla siebie samego, uzyskując raty jeszcze bardziej dogodne i ustępliwe. Spłacał te raty, ale gdy przychodziły inne dziecinne lub osobiste potrzeby (cóż dopiero mówić o chorobie w domu!), prosił o ulgę w terminie, przewlekał; zasadniczo był zawsze za wypłaceniem się do końca, chyba, że wkraczały istotnie „siły wyższe”: likwidacja fabryki czy danego działu, przeniesienie firmy do innego obwodu lub... inspektora w inne miejsce itp. Potem zdarzyły się pojedyńcze wypadki przyjęcia tego lub innego upominku od firmy. To wcale nie były łapówki! Tak więc np. jedna fabryka wyrobów marmurowych — w uznaniu dla taktu i sumienności Miernika, który załatwił przewlekły konflikt ku zadowoleniu obu stron, właściciela fabryki i robotników — nadesłała mu przepiękny garnitur na biurko, dużej stosunkowo wartości i parę waz do mieszkania. Inna znów fabryka — w analogicznej czy innej okoliczności — wyprodukowała „specjalnie dla pana inspektora” ogrodowe mebelki, na które zwrócił przelotnie uwagę przy wizytacji. Gdy urzędnik firmy przywiózł mebelki, Miernik, rozpływając się w słodyczy, chwycił za pugilares i wykonał szereg gestów oznaczających: „zapłacę”... Ale urzędnik — dobrze ułożony pan z kulturalnej rodziny ziemiańskiej, zdeklasowanej przez przewrót bolszewicki na kresach — był upoważniony oświadczyć panu inspektorowi imieniem właścicieli fabryki, że właściciel poczytywałby sobie to płacenie za osobistą, ciężką, naprawdę niezasłużoną, zniewagę... Miernik zaprzeczył: na stanowisku inspektora każda najdrobniejsza rzecz narazić może jego i urząd na krzywdzące posądzenie, zwłaszcza jeżeli zdarzy się niedługo jakaś akcja robotnicza, której nie będzie mógł rozstrzygnąć na rzecz robotników (w swoim sumieniu). Dobrze wychowany urzędnik firmy rozwinął wtedy tak przekonywującą argumentację! Że nie wolno kopać przepaści pomiędzy urzędnikiem, oczywiście podporą, prawą ręką rządu a uczciwym, lojalnym obywatelem-przemysłowcem, który przecie w miarę swych sił ma najlepszą wolę doskonalenia bytu szerokich mas, tworzenia dobrobytu państwa itp. itp. Że takie odrzucanie bezinteresownego odruchu prostej życzliwości (bo jakiż to koszt dla firmy!), takiej nowej formy koleżeństwa pomiędzy urzędnikiem niepodległego państwa polskiego a obywatelem z powoduje znów wzajemne piętrzenie się nieufności, nieżyczliwości, a przecie — wspólne są nasze cele i dążenia w tej naszej ojczyźnie itd., itd. W końcu żona Miernika, która od kwadransa pod drzwiami przysłuchiwała się tej rozmowie, weszła do pokoju, dar przyjęła, a urzędnika zaprosiła na obiad.
Zdarzył się raz wypadek, że właśnie taki garnitur na biurko czy inna rzecz, stały się przedmiotem długich rozmów w ministerstwie. Zredukowana maszynistka inspekcyjna wygadała się, że sama przyjmuje drobne podarunki od inspekcyjnych klientów, gdy zaś uczyniono jej zarzut, wysypała informację, że to samo — w większych rozmiarach — robią inspektorzy w niejednym obwodzie. Wtedy grupa urzędników ministerstwa zwróciła się do kierownictwa inspekcji, że winno to być przedmiotem dochodzenia. Tu jednak spotkali się z tak zawiłymi wywodami filozoficznymi na temat, co wolno, a czego nie wolno inspektorowi pracy, od czego się zaczyna łapówka, a na czym kończy się drobny upominek (wyraz solidaryzmu społecznego i zreformowanego stosunku do urzędnika własnego państwa), że cała akcja spaliła na panewce.
Miernik wprawdzie przyjeżdżał, to i owo wyjaśniał, o tym i owym opowiadał, to i owo naświetlał, ale się służbowo nie zachwiał. Umiał odpowiednio argumentować, siejąc kojącą słodycz. Z kim że to ma przestawać, znać się, przebywać i przyjaźnić inspektor pracy? Czy władze mogą skazywać go na odosobnienie i samotność, czy też polecają mu zniżać się do poziomu towarzyskiego i intelektualnego robotników, sekretarzy zawodowych, obcowanie z którymi nie naraża inspektora na zarzut sprzedajności, czy też choćby interesowności? Przecie inspektorzy pracy, w dużej mierze ludzie z wyższym wykształceniem, wywodzą się przeważnie ze środowiska inteligencji, zamożniejszego mieszczaństwa lub też z rodzin ziemiańskich i szlacheckich. Czy władze mogą żądać, żeby inspektorzy pracy zerwali stosunki z rodziną, krewnymi, kuzynami, kolegami studiów?! I jak to wpłynie na kulturę osobistą inspektora pracy? A znów, jeżeli obcuje ze środowiskiem, z którego wyszedł, to czy nie jest naturalnym wzajemne świadczenie usług, drobnych uprzejmości, całkiem bezinteresownych, w drodze życzliwości wzajemnej?!
Wszystko to było bardzo przekonywające i doskonale dobrane do umysłowości zwierzchnictwa, które zresztą dorzucało nawet współbrzmiące argumenty. Przecie dzieciństwem jest przypuszczać, że inspektor pracy, inżynier czy prawnik, człowiek wykształcony, pochodzący z kulturalnego środowiska, dałby się kupić obiadem u fabrykanta, głupim groszowym upominkiem i z tego tytułu mógł się zaniedbywać w swych obowiązkach, w surowym, ale taktownym wykonywaniu prawa? Ludzie, którzy tak myślą, po prostu krzywdzą tym inspektorów pracy.
No i tak właśnie wychodził inżynier Miernik z wszelkich wątpliwości i dochodzeń służbowych.
Z dyrektorem fabryki „Szpilka” stosunki od razu ułożyły się bardzo poprawnie, metodą świadczenia sobie wzajemnych usług i grzeczności. Dyrektor Baczyński potrzebował dla fabryki pewnych dróg w obozie i w rządzie. Miernik otarł się swego czasu o Legiony, nie o tyle, żeby tam krwawić albo nawet powąchać prochu w polu, ale jednak o tyle, żeby mieć tam i ówdzie — kolegów lub znajomych w legionowych kołach. Służył więc chętnie Baczyńskiemu tymi stosunkami, rozmaitymi ścieżkami do różnych urzędów. W zamian Baczyński, człowiek bogaty, rozporządzał wielką możliwością okazywania usług innej natury. Miał np. własną willę w jednym z uzdrowisk, do której rodzina jego nigdy nie wyjeżdżała, gdyż inna ich willa w innym uzdrowisku miała bardziej komfortowe urządzenie. Miernik z rodziną zadowalał się skromniejszą willą i miał w ten sposób za bezcen letnisko dla dzieci. Oczywiście — w razie jakiegoś miarodajnego zainteresowania się tymi świadczeniami, miał zupełnie przygotowane alibi dla udowodnienia, że rodziny Mierników i Baczyńskich od wielu lat łączyły zażyłe stosunki.