Inżynier Miernik posiadał przedziwny talent nawiązywania i utrzymywania w każdym miejscu swego urzędowego przydziału bogatych, mnogich stosunków różnego kalibru. Pochodziło to stąd, że umiał i lubił każdemu usłużyć. Tam obiecał poprzeć, przy okazji bytności w stolicy, czyjąś prośbę o tytoniową lub wódczaną koncesję, tu znów podejmował się załatwić jakieś dogodniejsze rozłożenie podatków na raty lub też poparcia jakiegoś rządowego obstalunku dla tej czy innej firmy, nawet — wydanie czyjegoś rękopisu w sprawach przemysłowych lub handlowych na koszt instytucji rządowej lub naukowej. Jak stąd widać, zasięg interwencyj i usług Miernika był bardzo rozległy. Stawało się to oczywiście przyczyną jego niepospolitego zalatania i zajęcia, nic przecie nie mających wspólnego z wykonywaniem ochrony pracy. Codziennie notowane na kalendarzu w biurze interesy telefoniczne, listowne, ustne wypełniały wiele godzin, a godziny „wypadania” na miasto w sprawach, wymagających osobistego ukazania się, fatalnie wkraczały zazwyczaj w godziny ruchu fabryk, wyznaczone uprzednio godziny konferencji rozjemczych w biurze, lub też konferencji z innymi urzędami w sprawach fabrycznych. Nie można też było stwierdzić, że Miernik złośliwie i świadomie działał ku pogorszeniu warunków pracy w obwodzie i w fabryce „Szpilka”, ale nawał pozainspekcyjnych zainteresowań, problemów, siucht, pośrednictw, przeważnie powiązanych mniej lub więcej subtelną i pośrednią nicią z przeorywaniem sobie wygodniejszych materialnych warunków bytu, utrudniał mu niesłychanie cokolwiek bardziej dokładne, sumienne i owocne sprawowanie ochrony pracy. Jeżeli nawet Miernik bywał w biurze w godzinach urzędowych, to najczęściej bywał nieprzytomny z powodu rozstawionych na kalendarzu, jak szpilki na rozkrzyżowanym motylu, terminów, przypomnień, notatek, tyczących się tego lub innego interesu, polecenia, przygotowywanego wyjazdu. Gdyby się kto mógł rozpoznać w wielkich skrótach tych notatek, przekonałby się, że wśród nich sprawy inspekcyjne tkwiły jak rzadkie rodzynki w oszczędnie przyprawionym nimi cieście. Nikt jednak tego rodzaju wnikania w czynności inspektora pracy, jednostki służbowej o wysokiej autonomii, nie wykonywał.
Była też inna jeszcze przyczyna, dla której wyniki urzędowania Miernika w obwodzie i w fabryce „Szpilka” musiały być z natury rzeczy anemiczne, nijakie. Przyczyna ta wiązała się bezpośrednio z istotą owego zalatania Miernika. Okoliczność zalatania bowiem wynikała z wciągnięcia się w koło usług dla „sfer gospodarczych”, stosunki zaś z tymi sferami czyniły wręcz nietaktownym wszelkie usiłowania realnej ochrony pracy. „Sfery” te bowiem tolerowały inspektorów i inspekcję pracy tylko o tyle, o ile cała ochrona pracy nie wychodziła poza obręb kompromisowego, anemicznego, teoretycznego raczej nadzoru. Każde wyjście poza ten obręb powodowało natychmiast kwasy, pretensje, w atmosferze której zwiędłyby i zmarzły delikatne roślinki hodowanych przez Miernika nowoczesnych, życzliwych stosunków pomiędzy urzędnikiem w ojczyźnie a lojalnym obywatelem. Od czasu do czasu Miernik musiał oczywiście — w obwodzie w ogóle, a nawet i w fabryce „Szpilka” uczynić jakiś gest iście inspektorski. A więc np. wziąć książeczki robotnicze dla skontrolowania prawidłowości obliczeń.
Bywały to ciężkie dla Miernika chwile!
Gdy pewnego dnia zaszedł właśnie w takim celu do fabryki i zażądał książeczek obrachunkowych do kontroli, nie przewidywał wcale, jaką burzę rozpęta. Usiadł w małym gabineciku, usłużnie ofiarowanym mu do „urzędowania” i poprosił o wezwanie delegata Gałkowskiego, którego zdążył już poznać jako rozsądnego, umiarkowanego w swych żądaniach, skłonnego do zgody przedstawiciela załogi. Ale nieszczęśliwy wypadek chciał, że była to właśnie przerwa obiadowa. Gałkowski nie zdążył jeszcze wsunąć się do gabinetu, gdy tuż za nim, depcąc mu po piętach, wcisnęło się bez pytania kilkunastu robotników i robotnic. Miernik, zawsze uprzejmy, zirytował się jednak na to wtargnięcie:
— Co jest? Nie prosiłem panów, tylko delegata! Awantura czy co? Po cóż panowie mają delegatów, jeśli trzeba z całym hurmem37 gadać?!”
Tu spojrzał na zegarek, przerażony, że za wiele mu to zabierze czasu. Przeklinał już w duchu tę całą zamierzoną kontrolę książeczek, które przecie mogły jeszcze czekać: robotnik jest cierpliwy, póki się go nie poruszy. Robotnicy zagadali od razu i ponuro:
— A bo tak, panie inspektorze, że przecie czas by był tymi książeczkami się zająć!
A inny:
— Sami już widzimy, że nas tu oszukują przy potrąceniach.
A jeszcze inny: