— A do czego inspekcja, jak nawet takich, co przez prawo ściśle przewidziana nasza obrona, nie załatwia?
Jeden zaś, na uboczu stojący, młody chłopak, o suchotniczym wyglądzie, powiedział ironicznie, świdrując inspektora oczami:
— Do Pana Inspektora to prędko trudniej się będzie dostać, jak do cesarza...
Miernik skurczył się pod tą ofensywą i złościł się dalej, przygadując:
— No proszę konkretnie, panowie, tu nie wiec!... Gdzie i kogo nieprawidłowo obliczyli? Bo nie będę tu przecie całego dnia z wami marnował!
Wtedy wysunął się jeden za drugim, brudnymi rękami pogmyrał w książeczkach, swoją odszukał i inspektorowi czarno na białym wykazał, jak został oszukany w tej wypłacie na 40 groszy, w poprzedniej — na 60 itp., przez nieprawidłowe obliczenie stawki lub potrąceń na ubezpieczenia.
Miernik nie wierzył; na szpargałku papieru dodawał, mnożył, obliczał i... w końcu musiał przyznać, że wszyscy skarżący mieli rację: zostali ordynarnie oszukani, bywali ustawicznie oszukiwani przy wypłatach. O, to już było gorzej! Młody suchotnik z niewinną minką zauważył:
— No, to teraz nauczy go Pan, Panie Inspektorze, bo przecie za to można karać; myśmy się już przepytywali...
Inni zaś przyglądali się Miernikowi — jak mu się wydało — kpiarsko. Miernik nasrożył się i odparł:
— Nie będzie mi pan wskazywał, wie pan, co mam tu robić! — Ale czuł, że minę miał rzadką (grzeczności, to letnisko, a pal to diabli, tę głupią kontrolę, a toż to wjechał) i że robotnicy naprawdę pokpiwają: po cichu, delikatnie, między sobą, ale pokpiwają z tego wpadunku. Czyżby więc mieli naprawdę jakie wątpliwości, obserwacje, zastrzeżenia co do jego osoby?